Nowe przepisy

9 niezdrowych napojów, których należy unikać w supermarkecie

9 niezdrowych napojów, których należy unikać w supermarkecie

Przygotuj się do ponownego przemyślenia tego, co pijesz

Dla każdego dobrego, przestrzegającego diety obywatela, zwykła wycieczka do supermarketu lub sklepu spożywczego może z łatwością poczuć się jak stepowanie na polu minowym pokus – konieczności omijania wąsko za każdym razem dobrze ukrytych bomb kalorycznych.

Obszary takie jak alejki z mrożonkami oraz półki z frytkami i ciasteczkami są oczywistymi strefami zagrożenia dla dbających o zdrowie kupujących, ale należy uważać, aby nie przeoczyć potencjalnych pułapek dietetycznych tkwiących w tych zimnych skrzyniach z napojami. Od soków i mrożonych herbat po smakowe mleka i koktajle proteinowe, napoje często przypominają nikczemnych wojowników ninja na diecie.

Często wiele z tych napojów, o których mówi się, że są „zdrowe” (w dużej mierze dzięki sprytnemu marketingowi), są w rzeczywistości zupełnie odwrotne.

Tylko dlatego, że picie herbaty może być dobre dla zdrowia, nie oznacza to, że butelka mrożonej herbaty zawiera kalorie i cukier. I nie myśl, że wyświadczasz sobie zbyt wiele przysługi, kupując to „niskotłuszczowe” mleko czekoladowe — zapoznaj się z informacjami żywieniowymi na odwrocie i przekonaj się, że ma prawie tyle samo kalorii, a nie tak wiele mniej gramów tłuszczu w wersji pełnotłustej.

Tak więc, gdy zbliżamy się do tej pory roku, aby podjąć postanowienia dotyczące poprawy diety, możesz rozważyć trzymanie tych napojów z dala od koszyka.

Kliknij tutaj, aby zapoznać się z 9 niezdrowymi napojami, których należy unikać w supermarkecie.


Jak supermarkety nakłaniają nas do kupowania niezdrowej żywności i co możemy z tym zrobić

Czy kiedykolwiek spoglądasz na te znaki wiszące nad alejkami w supermarketach, aby zobaczyć, jak możesz zdobyć ostatnie trzy rzeczy, których potrzebujesz, bez wracania do początku przerażającego toru wyścigowego?

Jeśli jesteś podobny do większości ludzi, prawdopodobnie zaczynasz zakupy w dość uporządkowany sposób. Z ponurą determinacją przechodzisz przez „strefę dekompresji” – tę niczyją krainę świec, wiklinowych koszy i lilii, które eksperci od handlu detalicznego starannie zaprojektowali, aby spowolnić Cię z prędkości ulicy do prędkości zakupów, na „rynek”, który dostarcza źródło świeżości.

Jesteś szykanowany wokół „obwodu” sklepu: na obrzeżach, w których znajdują się delikatesy, piekarnia i rzeźnik, i gdzie osiąga się największy zysk. Wtedy staje się trochę bardziej losowy. W połowie korytarza porzucasz wózek, zawracasz wokół tych „zaślepek”, które mają skłonić Cię do impulsowego zakupu rzeczy, których być może nie miałeś na swojej liście. (Co robi batonik śniadaniowy poza promocją czajnika?)

Wraz z narastającą niejasną paniką zaczynasz przeglądać kategorie w poszukiwaniu wskazówek i zdrowego rozsądku – proszę, powiedz mi, gdzie jest przejście do pieczenia. Projektanci handlu detalicznego szacują (i przeprowadzili wiele badań dotyczących mikrozachowań klientów), że po około 25 minutach w supermarkecie przechodzimy od podejmowania decyzji racjonalnych do emocjonalnych. To sprawia, że ​​jesteśmy bardziej podatni na złapanie paczki czekoladowych rodzynek znajdującej się tuż obok jajek.

Kategorie żywności – sposób, w jaki postrzegamy podstawowe grupy żywności – owoce, warzywa, zboża, oleje, nabiał i tak dalej, są niezwykle potężne. Ukierunkowują sposób, w jaki odhaczamy listę zakupów, mentalnie rozliczając członków rodziny i pory dnia. Śniadanie, kleszcz. Pudełka śniadaniowe, kleszcz. Obiady, kleszcz. Irlandzki Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności przeprowadził naprawdę interesujące badania dotyczące wartości odżywczej żywności w irlandzkich supermarketach. Okazało się, że większość jogurtów nie jest zdrowym wyborem, podobnie jak płatki śniadaniowe. Większość chipsów „dla dzieci” była bogatsza w tłuszcze nasycone niż chipsy dla dorosłych „o obniżonej zawartości tłuszczu”, podczas gdy większość ciastek dla dzieci zawierała więcej cukru niż zwykłe herbatniki trawienne. Kategorie mogą być zwodnicze, a nawet niebezpieczne.

Związane z

Ta zawartość została zablokowana ze względu na Twoje preferencje dotyczące plików cookie. Aby go wyświetlić, zmień ustawienia i odśwież stronę

W obliczu kryzysu związanego z otyłością, który spowodował ukryte, ale systemowe cierpienie i utratę życia, prawdopodobnie najpotężniejszym środkiem zaradczym, jaki moglibyśmy podjąć, nie jest zakaz reklamowania dzieciom śmieciowego jedzenia, opodatkowanie słodkich napojów ani umieszczanie 100-metrowych sklepów typu fast food. od bram szkolnych, ale do zmiany kategorii produktów spożywczych, aby konsumenci łatwiej mogli zobaczyć, jak są zdrowe. Gdyby ten krok został podjęty, większość płatków śniadaniowych pojawiłaby się w alejce z przekąskami, większość wypieków w alejce deserowej, większość jogurtów w alejce z napojami bezalkoholowymi, a sucharki pojawiłyby się przy kasie cukierni. Może się to wydawać trywialne, ale dokładna i przejrzysta kategoryzacja produktów spożywczych to kluczowa bitwa w wojnie z otyłością.

Dzieje się tak, ponieważ „kategoryzacja percepcyjna” jest potężnym zjawiskiem. Każdy przedmiot, każde doświadczenie, jakie posiadamy, jest przypisane do kategorii, którą z biegiem czasu zbudowaliśmy w naszych umysłach. Odpowiadamy światu, dzieląc rzeczy na kategorie, a nie myśląc o rzeczach jako o indywidualnych przypadkach. Dlatego nie podbiegamy do każdej osoby na Grafton Street, której nigdy nie widzieliśmy, i witamy się z nią w zdumieniu jej czystą wyjątkowością. Skanujemy środowisko: „osoba”, „osoba”, „osoba”, „sklep”, „osoba”, „kosz na śmieci” i tak dalej. Te „heurystyki” stanowią podstawę zachowań konsumenckich i kręgosłup teorii marketingu.

Ponieważ ciężko pracujemy, aby budować w naszych umysłach wyrafinowane kategorie, zlecamy również i powierzamy wiele z nich firmom spożywczym. Pamiętacie sok pomarańczowy Sunny Delight? Został wprowadzony na rynek w Wielkiej Brytanii pod koniec lat 90. z wielomilionową kampanią marketingową i wkrótce stał się jednym z najlepiej sprzedających się napojów na świecie. Został umieszczony jako zdrowa alternatywa dla napojów gazowanych. W swoich reklamach mama zaopatrywała lodówkę w Sunny D, aby kiedy dzieci i ich przyjaciele przyjdą w odwiedziny, zobaczyli, jaka to fajna rodzina. Głównym przesłaniem było to, że napój powinien być przechowywany w lodówce. Rzeczy, które są sklasyfikowane jako godne lodówki, znajdują się na szczycie tabeli zdrowia.

Ale Sunny D nie był technicznie sokiem, był to „napój wzbogacony cytrusami” – zaledwie 2-procentowy sok pomarańczowy dodany do syropu kukurydzianego o wysokiej zawartości fruktozy i wody. Mogłaby istnieć przez lata na półce w supermarkecie. Ale konotacje świeżości, których użyczyła lodówka, utrwaliły ją mocno i nieświadomie w naszej percepcyjnej kategorii „zdrowy”. Niedawno irlandzki Sąd Najwyższy orzekł, że zawartość cukru w ​​chlebie kanapkowym Subway jest tak wysoka, że ​​należy uznać go za słodycze. Sprawa sądowa rozważała, czy chleb Subway powinien być zwolniony z podatku VAT, a nie troska o to, że konsumenci są zdezorientowani lub wprowadzani w błąd przy wyborze żywności. Chipsy Pringles miały podobną sprawę sądową około dekadę temu, czy ich gnojowica z ziemniaków, skrobi pszennej, mąki ryżowej, oleju słonecznikowego i kukurydzianego posypana glutaminianem sodu, inozynianem disodowym, żółtymi barwnikami i kilkunastu innymi składnikami stanowiła „ziemniaka”. chip”, ponownie dla celów klasyfikacji podatkowej.

Większość spożywanej przez nas przetworzonej żywności nie pochodzi od matki natury, ale jest montowana w fabrykach z dodatkiem odczynników laboratoryjnych. Rolą marketingu w głębokim sensie jest ponowne zaczarowanie przedmiotu. Marketing na nowo oczarowuje jedzenie, przenosząc je na silne emocjonalnie obrazy (pasterska wieś, dżungla, las, wiejska kuchnia czy piekarnia). To właśnie na poziomie kategoryzacji większość pieniędzy i wysiłku przeznaczają producenci żywności ultraprzetworzonej.

Weźmy na przykład niedawno przypadek Parlamentu Europejskiego, który odrzucił próby lobby mięsnego zakazania produktów pochodzenia roślinnego, używając kategorii takich jak „burger” czy „kiełbasa” w opisie ich wegetariańskich substytutów. Jej argumentem było zasadniczo to, że było to mylące dla klienta. W rzeczywistości ilustruje to, w jaki sposób kluczowe bitwy o kontrolę żywności i jej konsumpcję to nie reklama, branding, rekomendacje celebrytów czy ceny, ale znacznie subtelniejszy, ale głęboki sposób, w jaki masowane są nasze kategorie percepcyjne. Wiedzą o tym marki spożywcze, detaliści w supermarketach i lobby branżowe.

W międzyczasie reszta z nas nadal kroczy wzdłuż alejki „zbożowej”, zastanawiając się, gdzie wszystko idzie nie tak.

Dr Norah Campbell jest profesorem nadzwyczajnym marketingu w Trinity College Dublin, Sarah Browne jest adiunktem w dziedzinie marketingu w TCD, a prof Francis Finucane jest konsultantem endokrynologiem w szpitalach uniwersyteckich w Galway i NUI Galway


Jak supermarkety nakłaniają nas do kupowania niezdrowej żywności i co możemy z tym zrobić

Czy kiedykolwiek spoglądasz na te znaki wiszące nad alejkami w supermarketach, aby zobaczyć, jak możesz zdobyć ostatnie trzy rzeczy, których potrzebujesz, bez wracania do początku przerażającego toru wyścigowego?

Jeśli jesteś podobny do większości ludzi, prawdopodobnie zaczynasz zakupy w dość uporządkowany sposób. Z ponurą determinacją przechodzisz przez „strefę dekompresji” – tę niczyją krainę świec, wiklinowych koszyków i lilii, które eksperci z handlu detalicznego starannie zaprojektowali, aby spowolnić Cię z prędkości ulicy do prędkości zakupów, na „rynek”, który dostarcza źródło świeżości.

Jesteś szykanowany wokół „obwodu” sklepu: na obrzeżach, w których znajdują się delikatesy, piekarnia i rzeźnik, i gdzie osiąga się największy zysk. Wtedy staje się trochę bardziej losowy. W połowie korytarza porzucasz wózek, zawracasz wokół tych „zaślepek”, które mają skłonić Cię do impulsowego zakupu rzeczy, których być może nie miałeś na swojej liście. (Co robi batonik śniadaniowy poza promocją czajnika?)

Wraz z narastającą niejasną paniką zaczynasz przeglądać kategorie w poszukiwaniu wskazówek i zdrowego rozsądku – proszę, powiedz mi, gdzie jest przejście do pieczenia. Projektanci handlu detalicznego szacują (i przeprowadzili wiele badań dotyczących mikrozachowań klientów), że po około 25 minutach w supermarkecie przechodzimy od podejmowania decyzji racjonalnych do emocjonalnych. To sprawia, że ​​jesteśmy bardziej podatni na złapanie paczki czekoladowych rodzynek znajdującej się tuż obok jajek.

Kategorie żywności – sposób, w jaki postrzegamy podstawowe grupy żywności – owoce, warzywa, zboża, oleje, nabiał i tak dalej, są niezwykle potężne. Ukierunkowują sposób, w jaki odhaczamy listę zakupów, mentalnie rozliczając członków rodziny i pory dnia. Śniadanie, kleszcz. Pudełka śniadaniowe, kleszcz. Obiady, kleszcz. Irlandzki Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności przeprowadził naprawdę interesujące badania dotyczące wartości odżywczej żywności w irlandzkich supermarketach. Okazało się, że większość jogurtów nie jest zdrowym wyborem, podobnie jak płatki śniadaniowe. Większość chipsów „dla dzieci” była bogatsza w tłuszcze nasycone niż chipsy dla dorosłych „o obniżonej zawartości tłuszczu”, podczas gdy większość ciastek dla dzieci zawierała więcej cukru niż zwykłe herbatniki trawienne. Kategorie mogą być zwodnicze, a nawet niebezpieczne.

Związane z

Ta zawartość została zablokowana ze względu na Twoje preferencje dotyczące plików cookie. Aby go wyświetlić, zmień ustawienia i odśwież stronę

W obliczu kryzysu związanego z otyłością, który spowodował ukryte, ale ogólnoustrojowe cierpienie i utratę życia, prawdopodobnie najpotężniejszym środkiem zaradczym, jaki moglibyśmy podjąć, nie jest zakaz reklamowania dzieciom śmieciowego jedzenia, opodatkowanie słodkich napojów ani umieszczanie 100-metrowych sklepów typu fast food. od bram szkolnych, ale do zmiany kategorii produktów spożywczych, aby konsumenci łatwiej mogli zobaczyć, jak są zdrowe. Gdyby ten krok został podjęty, większość płatków śniadaniowych pojawiłaby się w alejce z przekąskami, większość wypieków w alejce deserowej, większość jogurtów w alejce z napojami bezalkoholowymi, a sucharki pojawiłyby się przy kasie cukierni. Może się to wydawać banalne, ale dokładna i przejrzysta kategoryzacja produktów spożywczych to kluczowa bitwa w wojnie z otyłością.

Dzieje się tak, ponieważ „kategoryzacja percepcyjna” jest potężnym zjawiskiem. Każdy przedmiot, każde doświadczenie, jakie posiadamy, jest przypisane do kategorii, którą z biegiem czasu zbudowaliśmy w naszych umysłach. Odpowiadamy światu, dzieląc rzeczy na kategorie, a nie myśląc o rzeczach jako o indywidualnych przypadkach. Dlatego nie podbiegamy do każdej osoby na Grafton Street, której nigdy nie widzieliśmy, i nie witamy się z nimi w zdumieniu ich czystą wyjątkowością. Skanujemy środowisko: „osoba”, „osoba”, „osoba”, „sklep”, „osoba”, „kosz na śmieci” i tak dalej. Te „heurystyki” stanowią podstawę zachowań konsumenckich i kręgosłup teorii marketingu.

Ponieważ ciężko pracujemy nad budowaniem w naszych umysłach wyrafinowanych kategorii, wiele z nich zlecamy również firmom spożywczym. Pamiętacie sok pomarańczowy Sunny Delight? Został wprowadzony na rynek w Wielkiej Brytanii pod koniec lat 90. z wielomilionową kampanią marketingową i wkrótce stał się jednym z najlepiej sprzedających się napojów na świecie. Został umieszczony jako zdrowa alternatywa dla napojów gazowanych. W swoich reklamach mama zaopatrywała lodówkę w Sunny D, aby kiedy dzieci i ich przyjaciele przyjdą w odwiedziny, zobaczyli, jaka to fajna rodzina. Głównym przesłaniem było to, że napój należy przechowywać w lodówce. Rzeczy, które są sklasyfikowane jako godne lodówki, znajdują się na szczycie tabeli zdrowia.

Ale Sunny D nie był technicznie sokiem, był to „napój wzbogacony cytrusami” – zaledwie 2-procentowy sok pomarańczowy dodany do syropu kukurydzianego o wysokiej zawartości fruktozy i wody. Mogłaby istnieć przez lata na półce w supermarkecie. Ale konotacje świeżości, których użyczyła lodówka, mocno i nieświadomie umieściły ją w naszej percepcyjnej kategorii „zdrowy”. Niedawno irlandzki Sąd Najwyższy orzekł, że zawartość cukru w ​​chlebie kanapkowym Subway jest tak wysoka, że ​​należy uznać go za słodycze. Sprawa sądowa rozważała, czy chleb Subway powinien być zwolniony z podatku VAT, a nie troska o konsumentów, którzy są zdezorientowani lub wprowadzani w błąd przy wyborze żywności. Chipsy Pringles miały podobną sprawę sądową około dekadę temu, czy ich gnojowica z ziemniaków, skrobi pszennej, mąki ryżowej, oleju słonecznikowego i kukurydzianego posypana glutaminianem sodu, inozynianem disodowym, żółtymi barwnikami i kilkunastu innymi składnikami stanowiła „ziemniaka”. chip”, ponownie dla celów klasyfikacji podatkowej.

Większość spożywanej przez nas przetworzonej żywności nie pochodzi od matki natury, ale jest montowana w fabrykach z dodatkiem odczynników laboratoryjnych. Rolą marketingu w głębokim sensie jest ponowne zaczarowanie przedmiotu. Marketing na nowo oczarowuje jedzenie, przenosząc je na silne emocjonalnie obrazy (pasterska wieś, dżungla, las, wiejska kuchnia czy piekarnia). To właśnie na poziomie kategoryzacji większość pieniędzy i wysiłku przeznaczają producenci żywności ultraprzetworzonej.

Weźmy na przykład niedawny przypadek Parlamentu Europejskiego, który odrzucił próby lobby mięsnego zakazania produktów pochodzenia roślinnego za pomocą kategorii takich jak „burger” lub „kiełbasa” w opisie ich wegetariańskich substytutów. Jej argumentem było zasadniczo to, że było to mylące dla klienta. W rzeczywistości ilustruje to, w jaki sposób kluczowe bitwy o kontrolę żywności i jej konsumpcję to nie reklama, branding, rekomendacje celebrytów czy ceny, ale znacznie subtelniejszy, ale głęboki sposób, w jaki masowane są nasze kategorie percepcyjne. Wiedzą o tym marki spożywcze, detaliści w supermarketach i lobby branżowe.

W międzyczasie reszta z nas nadal kroczy wzdłuż alejki „zbożowej”, zastanawiając się, gdzie wszystko idzie nie tak.

Dr Norah Campbell jest profesorem nadzwyczajnym marketingu w Trinity College Dublin, Sarah Browne jest adiunktem w dziedzinie marketingu w TCD, a prof Francis Finucane jest konsultantem endokrynologiem w szpitalach uniwersyteckich w Galway i NUI Galway


Jak supermarkety nakłaniają nas do kupowania niezdrowej żywności i co możemy z tym zrobić

Czy kiedykolwiek spoglądasz na te znaki wiszące nad alejkami w supermarketach, aby zobaczyć, jak możesz zdobyć ostatnie trzy rzeczy, których potrzebujesz, bez wracania do początku przerażającego toru wyścigowego?

Jeśli jesteś podobny do większości ludzi, prawdopodobnie zaczynasz zakupy w dość uporządkowany sposób. Z ponurą determinacją przechodzisz przez „strefę dekompresji” – tę niczyją krainę świec, wiklinowych koszy i lilii, które eksperci od handlu detalicznego starannie zaprojektowali, aby spowolnić Cię z prędkości ulicy do prędkości zakupów, na „rynek”, który dostarcza źródło świeżości.

Jesteś szykanowany wokół „obwodu” sklepu: na obrzeżach, w których znajdują się delikatesy, piekarnia i rzeźnik, i gdzie osiąga się największy zysk. Wtedy staje się trochę bardziej losowy. W połowie korytarza porzucasz wózek, zawracasz wokół tych „zaślepek”, które mają skłonić Cię do impulsowego kupowania rzeczy, których być może nie miałeś na swojej liście. (Co robi batonik śniadaniowy poza promocją czajnika?)

Wraz z narastającą niejasną paniką zaczynasz przeglądać kategorie w poszukiwaniu wskazówek i zdrowego rozsądku – proszę, powiedz mi, gdzie jest przejście do pieczenia. Projektanci handlu detalicznego szacują (i przeprowadzili wiele badań dotyczących mikrozachowań klientów), że po około 25 minutach w supermarkecie przechodzimy od podejmowania decyzji racjonalnych do emocjonalnych. To sprawia, że ​​jesteśmy bardziej podatni na złapanie paczki czekoladowych rodzynek znajdujących się tuż obok jajek.

Kategorie żywności – sposób, w jaki postrzegamy podstawowe grupy żywności – owoce, warzywa, zboża, oleje, nabiał i tak dalej, są niezwykle potężne. Ukierunkowują sposób, w jaki odhaczamy listę zakupów, mentalnie rozliczając członków rodziny i pory dnia. Śniadanie, kleszcz. Pudełka śniadaniowe, kleszcz. Obiady, kleszcz. Irlandzki Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności przeprowadził naprawdę interesujące badania dotyczące wartości odżywczej żywności w irlandzkich supermarketach. Okazało się, że większość jogurtów nie jest zdrowym wyborem, podobnie jak płatki śniadaniowe. Większość chipsów „dla dzieci” była bogatsza w tłuszcze nasycone niż chipsy dla dorosłych „o obniżonej zawartości tłuszczu”, podczas gdy większość ciastek dla dzieci zawierała więcej cukru niż zwykłe herbatniki trawienne. Kategorie mogą być zwodnicze, a nawet niebezpieczne.

Związane z

Ta zawartość została zablokowana ze względu na Twoje preferencje dotyczące plików cookie. Aby go wyświetlić, zmień ustawienia i odśwież stronę

W obliczu kryzysu związanego z otyłością, który spowodował ukryte, ale systemowe cierpienie i utratę życia, prawdopodobnie najpotężniejszym środkiem zaradczym, jaki moglibyśmy podjąć, nie jest zakaz reklamowania dzieciom śmieciowego jedzenia, opodatkowanie słodkich napojów ani umieszczanie 100-metrowych sklepów typu fast food. od bram szkolnych, ale do zmiany kategorii produktów spożywczych, aby konsumentom łatwiej było zobaczyć, jak są zdrowe. Gdyby ten krok został podjęty, większość płatków śniadaniowych pojawiłaby się w alejce z przekąskami, większość wypieków w alejce deserowej, większość jogurtów w alejce z napojami bezalkoholowymi, a sucharki pojawiłyby się przy kasie cukierni. Może się to wydawać banalne, ale dokładna i przejrzysta kategoryzacja produktów spożywczych to kluczowa bitwa w wojnie z otyłością.

Dzieje się tak, ponieważ „kategoryzacja percepcyjna” jest potężnym zjawiskiem. Każdy przedmiot, każde doświadczenie, jakie posiadamy, jest przypisane do kategorii, którą z biegiem czasu zbudowaliśmy w naszych umysłach. Odpowiadamy światu, dzieląc rzeczy na kategorie, a nie myśląc o rzeczach jako o indywidualnych przypadkach. Dlatego nie podbiegamy do każdej osoby na Grafton Street, której nigdy nie widzieliśmy, i witamy się z nią w zdumieniu jej czystą wyjątkowością. Skanujemy środowisko: „osoba”, „osoba”, „osoba”, „sklep”, „osoba”, „kosz na śmieci” i tak dalej. Te „heurystyki” stanowią podstawę zachowań konsumenckich i kręgosłup teorii marketingu.

Ponieważ ciężko pracujemy nad budowaniem w naszych umysłach wyrafinowanych kategorii, wiele z nich zlecamy również firmom spożywczym. Pamiętacie sok pomarańczowy Sunny Delight? Został wprowadzony na rynek w Wielkiej Brytanii pod koniec lat 90. z wielomilionową kampanią marketingową i wkrótce stał się jednym z najlepiej sprzedających się napojów na świecie. Został umieszczony jako zdrowa alternatywa dla napojów gazowanych. W swoich reklamach mama zaopatrywała lodówkę w Sunny D, aby kiedy dzieci i ich przyjaciele przyjdą w odwiedziny, zobaczyli, jaka to fajna rodzina. Głównym przesłaniem było to, że napój powinien być przechowywany w lodówce. Rzeczy, które są sklasyfikowane jako godne lodówki, znajdują się na szczycie tabeli zdrowia.

Ale Sunny D nie był technicznie sokiem, był to „napój wzbogacony cytrusami” – zaledwie 2-procentowy sok pomarańczowy dodany do syropu kukurydzianego o wysokiej zawartości fruktozy i wody. Mogłaby istnieć przez lata na półce w supermarkecie. Ale konotacje świeżości, których użyczyła lodówka, utrwaliły ją mocno i nieświadomie w naszej percepcyjnej kategorii „zdrowy”. Niedawno irlandzki Sąd Najwyższy orzekł, że zawartość cukru w ​​chlebie kanapkowym Subway jest tak wysoka, że ​​należy uznać go za słodycze. Sprawa sądowa rozważała, czy chleb Subway powinien być zwolniony z podatku VAT, a nie troska o to, że konsumenci są zdezorientowani lub wprowadzani w błąd przy wyborze żywności. Chipsy Pringles miały podobną sprawę sądową około dekadę temu, czy ich gnojowica z ziemniaków, skrobi pszennej, mąki ryżowej, oleju słonecznikowego i kukurydzianego posypana glutaminianem sodu, inozynianem disodowym, żółtymi barwnikami i kilkunastu innymi składnikami stanowiła „ziemniaka”. chip”, ponownie dla celów klasyfikacji podatkowej.

Większość spożywanej przez nas przetworzonej żywności nie pochodzi od matki natury, ale jest montowana w fabrykach z dodatkiem odczynników laboratoryjnych. Rolą marketingu w głębokim sensie jest ponowne zaczarowanie przedmiotu. Marketing na nowo oczarowuje jedzenie, przenosząc je na silne emocjonalnie obrazy (pasterska wieś, dżungla, las, wiejska kuchnia czy piekarnia). To właśnie na poziomie kategoryzacji większość pieniędzy i wysiłku przeznaczają producenci żywności ultraprzetworzonej.

Weźmy na przykład niedawno przypadek Parlamentu Europejskiego, który odrzucił próby lobby mięsnego zakazania produktów pochodzenia roślinnego, używając kategorii takich jak „burger” czy „kiełbasa” w opisie ich wegetariańskich substytutów. Jej argumentem było zasadniczo to, że było to mylące dla klienta. W rzeczywistości ilustruje to, jak kluczowe bitwy o kontrolę żywności i jej konsumpcję to nie reklama, branding, rekomendacje celebrytów czy ceny, ale znacznie subtelniejszy, ale głęboki sposób, w jaki masowane są nasze kategorie percepcyjne. Wiedzą o tym marki spożywcze, detaliści w supermarketach i lobby branżowe.

W międzyczasie reszta z nas nadal kroczy wzdłuż alejki „zbożowej”, zastanawiając się, gdzie wszystko idzie nie tak.

Dr Norah Campbell jest profesorem nadzwyczajnym marketingu w Trinity College Dublin, Sarah Browne jest adiunktem w dziedzinie marketingu w TCD, a prof Francis Finucane jest konsultantem endokrynologiem w szpitalach uniwersyteckich w Galway i NUI Galway


Jak supermarkety nakłaniają nas do kupowania niezdrowej żywności i co możemy z tym zrobić

Czy kiedykolwiek spoglądasz na te znaki wiszące nad alejkami w supermarketach, aby zobaczyć, jak możesz zdobyć ostatnie trzy rzeczy, których potrzebujesz, bez wracania do początku przerażającego toru wyścigowego?

Jeśli jesteś podobny do większości ludzi, prawdopodobnie zaczynasz zakupy w dość uporządkowany sposób. Z ponurą determinacją przechodzisz przez „strefę dekompresji” – tę niczyją krainę świec, wiklinowych koszyków i lilii, które eksperci z handlu detalicznego starannie zaprojektowali, aby spowolnić Cię z prędkości ulicy do prędkości zakupów, na „rynek”, który dostarcza źródło świeżości.

Jesteś szykanowany wokół „obwodu” sklepu: na obrzeżach, w których znajdują się delikatesy, piekarnia i rzeźnik, i gdzie osiąga się największy zysk. Wtedy staje się trochę bardziej losowy. W połowie korytarza porzucasz wózek, zawracasz wokół tych „zaślepek”, które mają skłonić Cię do impulsowego zakupu rzeczy, których być może nie miałeś na swojej liście. (Co robi batonik śniadaniowy poza promocją czajnika?)

Wraz z narastającą niejasną paniką zaczynasz przeglądać kategorie w poszukiwaniu wskazówek i zdrowego rozsądku – proszę, powiedz mi, gdzie jest przejście do pieczenia. Projektanci handlu detalicznego szacują (i przeprowadzili wiele badań dotyczących mikrozachowań klientów), że po około 25 minutach w supermarkecie przechodzimy od podejmowania decyzji racjonalnych do emocjonalnych. To sprawia, że ​​jesteśmy bardziej podatni na złapanie paczki czekoladowych rodzynek znajdującej się tuż obok jajek.

Kategorie żywności – sposób, w jaki postrzegamy podstawowe grupy żywności – owoce, warzywa, zboża, oleje, nabiał i tak dalej, są niezwykle potężne. Ukierunkowują sposób, w jaki odhaczamy listę zakupów, mentalnie rozliczając członków rodziny i pory dnia. Śniadanie, kleszcz. Pudełka śniadaniowe, kleszcz. Obiady, kleszcz. Irlandzki Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności przeprowadził naprawdę interesujące badania dotyczące wartości odżywczej żywności w irlandzkich supermarketach. Okazało się, że większość jogurtów nie jest zdrowym wyborem, podobnie jak płatki śniadaniowe. Większość chipsów „dla dzieci” była bogatsza w tłuszcze nasycone niż chipsy dla dorosłych „o obniżonej zawartości tłuszczu”, podczas gdy większość ciastek dla dzieci zawierała więcej cukru niż zwykłe herbatniki trawienne. Kategorie mogą być zwodnicze, a nawet niebezpieczne.

Związane z

Ta zawartość została zablokowana ze względu na Twoje preferencje dotyczące plików cookie. Aby go wyświetlić, zmień ustawienia i odśwież stronę

W obliczu kryzysu związanego z otyłością, który spowodował ukryte, ale ogólnoustrojowe cierpienie i utratę życia, prawdopodobnie najpotężniejszym środkiem zaradczym, jaki moglibyśmy podjąć, nie jest zakaz reklamowania dzieciom śmieciowego jedzenia, opodatkowanie słodkich napojów ani umieszczanie 100-metrowych sklepów typu fast food. od bram szkolnych, ale do zmiany kategorii produktów spożywczych, aby konsumentom łatwiej było zobaczyć, jak są zdrowe. Gdyby ten krok został podjęty, większość płatków śniadaniowych pojawiłaby się w alejce z przekąskami, większość wypieków w alejce z deserami, większość jogurtów w alejce z napojami bezalkoholowymi, a sucharki pojawiłyby się przy kasie ze słodyczami. Może się to wydawać trywialne, ale dokładna i przejrzysta kategoryzacja produktów spożywczych to kluczowa bitwa w wojnie z otyłością.

Dzieje się tak, ponieważ „kategoryzacja percepcyjna” jest potężnym zjawiskiem. Każdy przedmiot, każde doświadczenie, jakie posiadamy, jest przypisane do kategorii, którą z biegiem czasu zbudowaliśmy w naszych umysłach. Odpowiadamy światu, dzieląc rzeczy na kategorie, a nie myśląc o rzeczach jako o indywidualnych przypadkach. Dlatego nie podbiegamy do każdej osoby na Grafton Street, której nigdy nie widzieliśmy, i nie witamy się z nimi w zdumieniu ich czystą wyjątkowością. Skanujemy środowisko: „osoba”, „osoba”, „osoba”, „sklep”, „osoba”, „kosz na śmieci” i tak dalej. Te „heurystyki” stanowią podstawę zachowań konsumenckich i kręgosłup teorii marketingu.

Ponieważ ciężko pracujemy nad budowaniem w naszych umysłach wyrafinowanych kategorii, wiele z nich zlecamy również firmom spożywczym. Pamiętacie sok pomarańczowy Sunny Delight? Został wprowadzony na rynek w Wielkiej Brytanii pod koniec lat 90. z wielomilionową kampanią marketingową i wkrótce stał się jednym z najlepiej sprzedających się napojów na świecie. Został umieszczony jako zdrowa alternatywa dla napojów gazowanych. W swoich reklamach mama zaopatrywała lodówkę w Sunny D, aby kiedy dzieci i ich przyjaciele przyjdą w odwiedziny, zobaczyli, jaka to fajna rodzina. Głównym przesłaniem było to, że napój powinien być przechowywany w lodówce. Rzeczy, które są sklasyfikowane jako godne lodówki, znajdują się na szczycie tabeli zdrowia.

Ale Sunny D nie był technicznie sokiem, był to „napój wzbogacony cytrusami” – zaledwie 2-procentowy sok pomarańczowy dodany do syropu kukurydzianego o wysokiej zawartości fruktozy i wody. Mogłaby istnieć przez lata na półce w supermarkecie. Ale konotacje świeżości, których użyczyła lodówka, mocno i nieświadomie umieściły ją w naszej percepcyjnej kategorii „zdrowy”. Niedawno irlandzki Sąd Najwyższy orzekł, że zawartość cukru w ​​chlebie kanapkowym Subway jest tak wysoka, że ​​należy uznać go za słodycze. Sprawa sądowa rozważała, czy chleb Subway powinien być zwolniony z podatku VAT, a nie troska o to, że konsumenci są zdezorientowani lub wprowadzani w błąd przy wyborze żywności. Chipsy Pringles miały podobną sprawę sądową około dekadę temu, czy ich gnojowica z ziemniaków, skrobi pszennej, mąki ryżowej, oleju słonecznikowego i kukurydzianego posypana glutaminianem sodu, inozynianem disodowym, żółtymi barwnikami i kilkunastu innymi składnikami stanowiła „ziemniaka”. chip”, ponownie dla celów klasyfikacji podatkowej.

Większość spożywanej przez nas przetworzonej żywności nie pochodzi od matki natury, ale jest montowana w fabrykach z dodatkiem odczynników laboratoryjnych. Rolą marketingu w głębokim sensie jest ponowne zaczarowanie przedmiotu. Marketing na nowo oczarowuje jedzenie, przenosząc je na silne emocjonalnie obrazy (pasterska wieś, dżungla, las, wiejska kuchnia czy piekarnia). To właśnie na poziomie kategoryzacji większość pieniędzy i wysiłku przeznaczają producenci żywności ultraprzetworzonej.

Weźmy na przykład niedawno przypadek Parlamentu Europejskiego, który odrzucił próby lobby mięsnego zakazania produktów pochodzenia roślinnego, używając kategorii takich jak „burger” czy „kiełbasa” w opisie ich wegetariańskich substytutów. Jej argumentem było zasadniczo to, że było to mylące dla klienta. W rzeczywistości ilustruje to, w jaki sposób kluczowe bitwy o kontrolę żywności i jej konsumpcję to nie reklama, branding, rekomendacje celebrytów czy ceny, ale znacznie subtelniejszy, ale głęboki sposób, w jaki masowane są nasze kategorie percepcyjne. Wiedzą o tym marki spożywcze, detaliści w supermarketach i lobby branżowe.

W międzyczasie reszta z nas nadal kroczy wzdłuż alejki „zbożowej”, zastanawiając się, gdzie wszystko idzie nie tak.

Dr Norah Campbell jest profesorem nadzwyczajnym marketingu w Trinity College Dublin, Sarah Browne jest adiunktem w dziedzinie marketingu w TCD, a prof Francis Finucane jest konsultantem endokrynologiem w szpitalach uniwersyteckich w Galway i NUI Galway


Jak supermarkety nakłaniają nas do kupowania niezdrowej żywności i co możemy z tym zrobić

Czy kiedykolwiek spoglądasz na te znaki wiszące nad alejkami w supermarketach, aby zobaczyć, jak możesz zdobyć ostatnie trzy rzeczy, których potrzebujesz, bez wracania do początku przerażającego toru wyścigowego?

Jeśli jesteś podobny do większości ludzi, prawdopodobnie zaczynasz zakupy w dość uporządkowany sposób. Z ponurą determinacją przechodzisz przez „strefę dekompresji” – tę niczyją krainę świec, wiklinowych koszyków i lilii, które eksperci z handlu detalicznego starannie zaprojektowali, aby spowolnić Cię z prędkości ulicy do prędkości zakupów, na „rynek”, który dostarcza źródło świeżości.

Jesteś szykanowany wokół „obwodu” sklepu: na obrzeżach, w których znajdują się delikatesy, piekarnia i rzeźnik, i gdzie osiąga się największy zysk. Wtedy staje się trochę bardziej losowy. W połowie korytarza porzucasz wózek, zawracasz wokół tych „zaślepek”, które mają skłonić Cię do impulsowego kupowania rzeczy, których być może nie miałeś na swojej liście. (Co robi batonik śniadaniowy poza promocją czajnika?)

Wraz z narastającą niejasną paniką zaczynasz przeglądać kategorie w poszukiwaniu wskazówek i zdrowego rozsądku – proszę, powiedz mi, gdzie jest przejście do pieczenia. Projektanci handlu detalicznego szacują (i przeprowadzili wiele badań dotyczących mikrozachowań klientów), że po około 25 minutach w supermarkecie przechodzimy od podejmowania decyzji racjonalnych do emocjonalnych. To sprawia, że ​​jesteśmy bardziej podatni na złapanie paczki czekoladowych rodzynek znajdującej się tuż obok jajek.

Food categories – the way we see the basic groups of foods – fruits, vegetables, grains, oils, dairy and so on, are incredibly powerful. They orientate the way we tick off the shopping list, mentally accounting for the members of the family and the stages of the day. Breakfast, tick. Lunchboxes, tick. Dinners, tick. The Food Safety Authority of Ireland has done really interesting studies on the nutritional content of foods in Irish supermarkets. It found that the majority of yoghurts are not healthy choices, nor are breakfast cereals. The majority of “baby crisps” were higher in saturated fat than adult “reduced fat” crisps, while most baby biscuits were higher in sugar than plain digestive biscuits. Categories can be deceptive, even dangerous.

Związane z

Ta zawartość została zablokowana ze względu na Twoje preferencje dotyczące plików cookie. Aby go wyświetlić, zmień ustawienia i odśwież stronę

In the face of an obesity crisis that has caused hidden but systemic suffering and loss of life, arguably the single most powerful countermeasure we could undertake is not to ban junk food advertising to children, nor tax sugary drinks, nor place fast-food shops 100m from the school gates, but to recategorise food products so that it is easier for consumers to see how healthy they are. If that step was taken, most breakfast cereals would appear in the snack aisle, most baked goods would appear in the dessert aisle, most yoghurts would appear in the soft drinks aisle, and those rusks would appear at the confectionary check-out. It may seem trivial, but the accurate and transparent categorisation of food products is a key battle in the war on obesity.

This is because “perceptual categorisation” is a powerful phenomenon. Every object, every experience we have, is assigned to a category we have built up in our minds over time. We respond to the world by putting things into categories, not by thinking of things as individual cases. That is why we don’t run up to every person on Grafton Street we’ve never seen and greet them in astonishment of their sheer uniqueness. We scan the environment: “person”, “person”, “person”, “shop”, “person”, “litter bin”, and so on. These “heuristics” form the basis of consumer behaviour and the backbone of marketing theory.

As we work hard to build up sophisticated categories in our minds, we also outsource and entrust much of it to food firms. Do you remember the orange juice Sunny Delight? It was launched in the United Kingdom in the late 1990s, with a multi-million pound marketing campaign, and soon became one of the biggest selling drinks in the world. It was positioned as a healthy alternative to fizzy drinks. In its advertisements, Mom would stock the fridge with Sunny D so that when the kids and their friends came to visit, they’d see what a cool family they were. The central message was that the drink should be stored in the fridge. Things that are categorised as fridge-worthy are at the high-table of healthfulness.

But Sunny D wasn’t technically a juice, it was a “citrus-enriched beverage” – a mere 2 per cent orange juice, added to high-fructose corn syrup and water. It could exist for years on a supermarket shelf. But the connotations of freshness that the fridge lent ensconced it firmly and unconsciously in our perceptual category of “healthy”. More recently, the Irish Supreme Court ruled that the sugar content of Subway sandwich bread was so high it should be recategorised as confectionary. The court case was considering whether Subway bread should be VAT-exempt rather than concern for consumers being confused or misled in their food choices. Pringles crisps had a similar court case about a decade ago on whether its slurry of potato, wheat starch, rice flour, sunflower and maize oil dusted with monosodium glutamates, disodium inosinates, yellow colourings, and more than a dozen other ingredients constituted a “potato chip”, again for tax categorisation purposes.

Most of the processed food we eat is not from mother nature but assembled in factories with laboratory agents added. The role of marketing, in a deep sense, it is to re-enchant an object. Marketing re-enchants food by shifting it to emotionally powerful images (the pastoral countryside, the jungle, the forest, the country kitchen or the bakery). It is at the level of categorisation where most of the money and effort is spent by the producers of ultra-processed food.

Take for example the case of the European Parliament recently, which rejected the meat lobby’s attempts to ban plant-based products using categories such as “burger” or “sausage” in their description of their vegetarian substitutes. Its argument was essentially that it was confusing for the customer. In reality, this illustrates how the key battles for the control of food and its consumption are not in its advertising, branding, celebrity endorsements or pricing, but in the much more subtle yet profound ways that our perceptual categories are massaged. Food brands, supermarket retailers and industry lobby groups know this.

Meanwhile, the rest of us continue to trudge down the “cereal” aisle, wondering where it is all going wrong.

Dr Norah Campbell is associate professor of marketing at Trinity College Dublin, Sarah Browne is Assistant Professor in Marketing at TCD, and Prof Francis Finucane is a consultant endocrinologist at Galway University Hospitals and NUI Galway


How supermarkets trick us into buying unhealthy food, and what we can do about it

Do you ever look up at those signs hanging over the aisles in supermarkets to see how you might possibly get the last three last things you need without going back to the start of the dreaded racetrack?

If you’re anything like most people, you probably begin shopping in quite an orderly fashion. With grim determination you make it through the “decompression zone” – that no-man’s land of candles and wicker baskets and lilies that retail experts have carefully designed to slow you down from street speed to shopper speed, into the “marketplace” which delivers the motherlode of freshness.

You are chicaned around the “perimeter” of the store: the edges that house the deli, bakery and butcher, and where most profit is made. Then it becomes a little more random. Halfway up one aisle, you abandon your trolley, U-turn around those “end cap” displays that are meant to entice you to impulse-buy the stuff you may not have had on your list. (What’s a breakfast bar doing beside a kettle promotion?)

With vague panic rising, you start looking up at the categories for some guidance and sanity – please, please tell me where the baking aisle is. Retail designers estimate (and they have done a lot of investigation into the micro-behaviours of customers) that after about 25 minutes in the supermarket we switch from rational to emotional decision-making. This makes us more susceptible to grabbing a packet of chocolate raisins located right next to the eggs.

Food categories – the way we see the basic groups of foods – fruits, vegetables, grains, oils, dairy and so on, are incredibly powerful. They orientate the way we tick off the shopping list, mentally accounting for the members of the family and the stages of the day. Breakfast, tick. Lunchboxes, tick. Dinners, tick. The Food Safety Authority of Ireland has done really interesting studies on the nutritional content of foods in Irish supermarkets. It found that the majority of yoghurts are not healthy choices, nor are breakfast cereals. The majority of “baby crisps” were higher in saturated fat than adult “reduced fat” crisps, while most baby biscuits were higher in sugar than plain digestive biscuits. Categories can be deceptive, even dangerous.

Związane z

Ta zawartość została zablokowana ze względu na Twoje preferencje dotyczące plików cookie. Aby go wyświetlić, zmień ustawienia i odśwież stronę

In the face of an obesity crisis that has caused hidden but systemic suffering and loss of life, arguably the single most powerful countermeasure we could undertake is not to ban junk food advertising to children, nor tax sugary drinks, nor place fast-food shops 100m from the school gates, but to recategorise food products so that it is easier for consumers to see how healthy they are. If that step was taken, most breakfast cereals would appear in the snack aisle, most baked goods would appear in the dessert aisle, most yoghurts would appear in the soft drinks aisle, and those rusks would appear at the confectionary check-out. It may seem trivial, but the accurate and transparent categorisation of food products is a key battle in the war on obesity.

This is because “perceptual categorisation” is a powerful phenomenon. Every object, every experience we have, is assigned to a category we have built up in our minds over time. We respond to the world by putting things into categories, not by thinking of things as individual cases. That is why we don’t run up to every person on Grafton Street we’ve never seen and greet them in astonishment of their sheer uniqueness. We scan the environment: “person”, “person”, “person”, “shop”, “person”, “litter bin”, and so on. These “heuristics” form the basis of consumer behaviour and the backbone of marketing theory.

As we work hard to build up sophisticated categories in our minds, we also outsource and entrust much of it to food firms. Do you remember the orange juice Sunny Delight? It was launched in the United Kingdom in the late 1990s, with a multi-million pound marketing campaign, and soon became one of the biggest selling drinks in the world. It was positioned as a healthy alternative to fizzy drinks. In its advertisements, Mom would stock the fridge with Sunny D so that when the kids and their friends came to visit, they’d see what a cool family they were. The central message was that the drink should be stored in the fridge. Things that are categorised as fridge-worthy are at the high-table of healthfulness.

But Sunny D wasn’t technically a juice, it was a “citrus-enriched beverage” – a mere 2 per cent orange juice, added to high-fructose corn syrup and water. It could exist for years on a supermarket shelf. But the connotations of freshness that the fridge lent ensconced it firmly and unconsciously in our perceptual category of “healthy”. More recently, the Irish Supreme Court ruled that the sugar content of Subway sandwich bread was so high it should be recategorised as confectionary. The court case was considering whether Subway bread should be VAT-exempt rather than concern for consumers being confused or misled in their food choices. Pringles crisps had a similar court case about a decade ago on whether its slurry of potato, wheat starch, rice flour, sunflower and maize oil dusted with monosodium glutamates, disodium inosinates, yellow colourings, and more than a dozen other ingredients constituted a “potato chip”, again for tax categorisation purposes.

Most of the processed food we eat is not from mother nature but assembled in factories with laboratory agents added. The role of marketing, in a deep sense, it is to re-enchant an object. Marketing re-enchants food by shifting it to emotionally powerful images (the pastoral countryside, the jungle, the forest, the country kitchen or the bakery). It is at the level of categorisation where most of the money and effort is spent by the producers of ultra-processed food.

Take for example the case of the European Parliament recently, which rejected the meat lobby’s attempts to ban plant-based products using categories such as “burger” or “sausage” in their description of their vegetarian substitutes. Its argument was essentially that it was confusing for the customer. In reality, this illustrates how the key battles for the control of food and its consumption are not in its advertising, branding, celebrity endorsements or pricing, but in the much more subtle yet profound ways that our perceptual categories are massaged. Food brands, supermarket retailers and industry lobby groups know this.

Meanwhile, the rest of us continue to trudge down the “cereal” aisle, wondering where it is all going wrong.

Dr Norah Campbell is associate professor of marketing at Trinity College Dublin, Sarah Browne is Assistant Professor in Marketing at TCD, and Prof Francis Finucane is a consultant endocrinologist at Galway University Hospitals and NUI Galway


How supermarkets trick us into buying unhealthy food, and what we can do about it

Do you ever look up at those signs hanging over the aisles in supermarkets to see how you might possibly get the last three last things you need without going back to the start of the dreaded racetrack?

If you’re anything like most people, you probably begin shopping in quite an orderly fashion. With grim determination you make it through the “decompression zone” – that no-man’s land of candles and wicker baskets and lilies that retail experts have carefully designed to slow you down from street speed to shopper speed, into the “marketplace” which delivers the motherlode of freshness.

You are chicaned around the “perimeter” of the store: the edges that house the deli, bakery and butcher, and where most profit is made. Then it becomes a little more random. Halfway up one aisle, you abandon your trolley, U-turn around those “end cap” displays that are meant to entice you to impulse-buy the stuff you may not have had on your list. (What’s a breakfast bar doing beside a kettle promotion?)

With vague panic rising, you start looking up at the categories for some guidance and sanity – please, please tell me where the baking aisle is. Retail designers estimate (and they have done a lot of investigation into the micro-behaviours of customers) that after about 25 minutes in the supermarket we switch from rational to emotional decision-making. This makes us more susceptible to grabbing a packet of chocolate raisins located right next to the eggs.

Food categories – the way we see the basic groups of foods – fruits, vegetables, grains, oils, dairy and so on, are incredibly powerful. They orientate the way we tick off the shopping list, mentally accounting for the members of the family and the stages of the day. Breakfast, tick. Lunchboxes, tick. Dinners, tick. The Food Safety Authority of Ireland has done really interesting studies on the nutritional content of foods in Irish supermarkets. It found that the majority of yoghurts are not healthy choices, nor are breakfast cereals. The majority of “baby crisps” were higher in saturated fat than adult “reduced fat” crisps, while most baby biscuits were higher in sugar than plain digestive biscuits. Categories can be deceptive, even dangerous.

Związane z

Ta zawartość została zablokowana ze względu na Twoje preferencje dotyczące plików cookie. Aby go wyświetlić, zmień ustawienia i odśwież stronę

In the face of an obesity crisis that has caused hidden but systemic suffering and loss of life, arguably the single most powerful countermeasure we could undertake is not to ban junk food advertising to children, nor tax sugary drinks, nor place fast-food shops 100m from the school gates, but to recategorise food products so that it is easier for consumers to see how healthy they are. If that step was taken, most breakfast cereals would appear in the snack aisle, most baked goods would appear in the dessert aisle, most yoghurts would appear in the soft drinks aisle, and those rusks would appear at the confectionary check-out. It may seem trivial, but the accurate and transparent categorisation of food products is a key battle in the war on obesity.

This is because “perceptual categorisation” is a powerful phenomenon. Every object, every experience we have, is assigned to a category we have built up in our minds over time. We respond to the world by putting things into categories, not by thinking of things as individual cases. That is why we don’t run up to every person on Grafton Street we’ve never seen and greet them in astonishment of their sheer uniqueness. We scan the environment: “person”, “person”, “person”, “shop”, “person”, “litter bin”, and so on. These “heuristics” form the basis of consumer behaviour and the backbone of marketing theory.

As we work hard to build up sophisticated categories in our minds, we also outsource and entrust much of it to food firms. Do you remember the orange juice Sunny Delight? It was launched in the United Kingdom in the late 1990s, with a multi-million pound marketing campaign, and soon became one of the biggest selling drinks in the world. It was positioned as a healthy alternative to fizzy drinks. In its advertisements, Mom would stock the fridge with Sunny D so that when the kids and their friends came to visit, they’d see what a cool family they were. The central message was that the drink should be stored in the fridge. Things that are categorised as fridge-worthy are at the high-table of healthfulness.

But Sunny D wasn’t technically a juice, it was a “citrus-enriched beverage” – a mere 2 per cent orange juice, added to high-fructose corn syrup and water. It could exist for years on a supermarket shelf. But the connotations of freshness that the fridge lent ensconced it firmly and unconsciously in our perceptual category of “healthy”. More recently, the Irish Supreme Court ruled that the sugar content of Subway sandwich bread was so high it should be recategorised as confectionary. The court case was considering whether Subway bread should be VAT-exempt rather than concern for consumers being confused or misled in their food choices. Pringles crisps had a similar court case about a decade ago on whether its slurry of potato, wheat starch, rice flour, sunflower and maize oil dusted with monosodium glutamates, disodium inosinates, yellow colourings, and more than a dozen other ingredients constituted a “potato chip”, again for tax categorisation purposes.

Most of the processed food we eat is not from mother nature but assembled in factories with laboratory agents added. The role of marketing, in a deep sense, it is to re-enchant an object. Marketing re-enchants food by shifting it to emotionally powerful images (the pastoral countryside, the jungle, the forest, the country kitchen or the bakery). It is at the level of categorisation where most of the money and effort is spent by the producers of ultra-processed food.

Take for example the case of the European Parliament recently, which rejected the meat lobby’s attempts to ban plant-based products using categories such as “burger” or “sausage” in their description of their vegetarian substitutes. Its argument was essentially that it was confusing for the customer. In reality, this illustrates how the key battles for the control of food and its consumption are not in its advertising, branding, celebrity endorsements or pricing, but in the much more subtle yet profound ways that our perceptual categories are massaged. Food brands, supermarket retailers and industry lobby groups know this.

Meanwhile, the rest of us continue to trudge down the “cereal” aisle, wondering where it is all going wrong.

Dr Norah Campbell is associate professor of marketing at Trinity College Dublin, Sarah Browne is Assistant Professor in Marketing at TCD, and Prof Francis Finucane is a consultant endocrinologist at Galway University Hospitals and NUI Galway


How supermarkets trick us into buying unhealthy food, and what we can do about it

Do you ever look up at those signs hanging over the aisles in supermarkets to see how you might possibly get the last three last things you need without going back to the start of the dreaded racetrack?

If you’re anything like most people, you probably begin shopping in quite an orderly fashion. With grim determination you make it through the “decompression zone” – that no-man’s land of candles and wicker baskets and lilies that retail experts have carefully designed to slow you down from street speed to shopper speed, into the “marketplace” which delivers the motherlode of freshness.

You are chicaned around the “perimeter” of the store: the edges that house the deli, bakery and butcher, and where most profit is made. Then it becomes a little more random. Halfway up one aisle, you abandon your trolley, U-turn around those “end cap” displays that are meant to entice you to impulse-buy the stuff you may not have had on your list. (What’s a breakfast bar doing beside a kettle promotion?)

With vague panic rising, you start looking up at the categories for some guidance and sanity – please, please tell me where the baking aisle is. Retail designers estimate (and they have done a lot of investigation into the micro-behaviours of customers) that after about 25 minutes in the supermarket we switch from rational to emotional decision-making. This makes us more susceptible to grabbing a packet of chocolate raisins located right next to the eggs.

Food categories – the way we see the basic groups of foods – fruits, vegetables, grains, oils, dairy and so on, are incredibly powerful. They orientate the way we tick off the shopping list, mentally accounting for the members of the family and the stages of the day. Breakfast, tick. Lunchboxes, tick. Dinners, tick. The Food Safety Authority of Ireland has done really interesting studies on the nutritional content of foods in Irish supermarkets. It found that the majority of yoghurts are not healthy choices, nor are breakfast cereals. The majority of “baby crisps” were higher in saturated fat than adult “reduced fat” crisps, while most baby biscuits were higher in sugar than plain digestive biscuits. Categories can be deceptive, even dangerous.

Związane z

Ta zawartość została zablokowana ze względu na Twoje preferencje dotyczące plików cookie. Aby go wyświetlić, zmień ustawienia i odśwież stronę

In the face of an obesity crisis that has caused hidden but systemic suffering and loss of life, arguably the single most powerful countermeasure we could undertake is not to ban junk food advertising to children, nor tax sugary drinks, nor place fast-food shops 100m from the school gates, but to recategorise food products so that it is easier for consumers to see how healthy they are. If that step was taken, most breakfast cereals would appear in the snack aisle, most baked goods would appear in the dessert aisle, most yoghurts would appear in the soft drinks aisle, and those rusks would appear at the confectionary check-out. It may seem trivial, but the accurate and transparent categorisation of food products is a key battle in the war on obesity.

This is because “perceptual categorisation” is a powerful phenomenon. Every object, every experience we have, is assigned to a category we have built up in our minds over time. We respond to the world by putting things into categories, not by thinking of things as individual cases. That is why we don’t run up to every person on Grafton Street we’ve never seen and greet them in astonishment of their sheer uniqueness. We scan the environment: “person”, “person”, “person”, “shop”, “person”, “litter bin”, and so on. These “heuristics” form the basis of consumer behaviour and the backbone of marketing theory.

As we work hard to build up sophisticated categories in our minds, we also outsource and entrust much of it to food firms. Do you remember the orange juice Sunny Delight? It was launched in the United Kingdom in the late 1990s, with a multi-million pound marketing campaign, and soon became one of the biggest selling drinks in the world. It was positioned as a healthy alternative to fizzy drinks. In its advertisements, Mom would stock the fridge with Sunny D so that when the kids and their friends came to visit, they’d see what a cool family they were. The central message was that the drink should be stored in the fridge. Things that are categorised as fridge-worthy are at the high-table of healthfulness.

But Sunny D wasn’t technically a juice, it was a “citrus-enriched beverage” – a mere 2 per cent orange juice, added to high-fructose corn syrup and water. It could exist for years on a supermarket shelf. But the connotations of freshness that the fridge lent ensconced it firmly and unconsciously in our perceptual category of “healthy”. More recently, the Irish Supreme Court ruled that the sugar content of Subway sandwich bread was so high it should be recategorised as confectionary. The court case was considering whether Subway bread should be VAT-exempt rather than concern for consumers being confused or misled in their food choices. Pringles crisps had a similar court case about a decade ago on whether its slurry of potato, wheat starch, rice flour, sunflower and maize oil dusted with monosodium glutamates, disodium inosinates, yellow colourings, and more than a dozen other ingredients constituted a “potato chip”, again for tax categorisation purposes.

Most of the processed food we eat is not from mother nature but assembled in factories with laboratory agents added. The role of marketing, in a deep sense, it is to re-enchant an object. Marketing re-enchants food by shifting it to emotionally powerful images (the pastoral countryside, the jungle, the forest, the country kitchen or the bakery). It is at the level of categorisation where most of the money and effort is spent by the producers of ultra-processed food.

Take for example the case of the European Parliament recently, which rejected the meat lobby’s attempts to ban plant-based products using categories such as “burger” or “sausage” in their description of their vegetarian substitutes. Its argument was essentially that it was confusing for the customer. In reality, this illustrates how the key battles for the control of food and its consumption are not in its advertising, branding, celebrity endorsements or pricing, but in the much more subtle yet profound ways that our perceptual categories are massaged. Food brands, supermarket retailers and industry lobby groups know this.

Meanwhile, the rest of us continue to trudge down the “cereal” aisle, wondering where it is all going wrong.

Dr Norah Campbell is associate professor of marketing at Trinity College Dublin, Sarah Browne is Assistant Professor in Marketing at TCD, and Prof Francis Finucane is a consultant endocrinologist at Galway University Hospitals and NUI Galway


How supermarkets trick us into buying unhealthy food, and what we can do about it

Do you ever look up at those signs hanging over the aisles in supermarkets to see how you might possibly get the last three last things you need without going back to the start of the dreaded racetrack?

If you’re anything like most people, you probably begin shopping in quite an orderly fashion. With grim determination you make it through the “decompression zone” – that no-man’s land of candles and wicker baskets and lilies that retail experts have carefully designed to slow you down from street speed to shopper speed, into the “marketplace” which delivers the motherlode of freshness.

You are chicaned around the “perimeter” of the store: the edges that house the deli, bakery and butcher, and where most profit is made. Then it becomes a little more random. Halfway up one aisle, you abandon your trolley, U-turn around those “end cap” displays that are meant to entice you to impulse-buy the stuff you may not have had on your list. (What’s a breakfast bar doing beside a kettle promotion?)

With vague panic rising, you start looking up at the categories for some guidance and sanity – please, please tell me where the baking aisle is. Retail designers estimate (and they have done a lot of investigation into the micro-behaviours of customers) that after about 25 minutes in the supermarket we switch from rational to emotional decision-making. This makes us more susceptible to grabbing a packet of chocolate raisins located right next to the eggs.

Food categories – the way we see the basic groups of foods – fruits, vegetables, grains, oils, dairy and so on, are incredibly powerful. They orientate the way we tick off the shopping list, mentally accounting for the members of the family and the stages of the day. Breakfast, tick. Lunchboxes, tick. Dinners, tick. The Food Safety Authority of Ireland has done really interesting studies on the nutritional content of foods in Irish supermarkets. It found that the majority of yoghurts are not healthy choices, nor are breakfast cereals. The majority of “baby crisps” were higher in saturated fat than adult “reduced fat” crisps, while most baby biscuits were higher in sugar than plain digestive biscuits. Categories can be deceptive, even dangerous.

Związane z

Ta zawartość została zablokowana ze względu na Twoje preferencje dotyczące plików cookie. Aby go wyświetlić, zmień ustawienia i odśwież stronę

In the face of an obesity crisis that has caused hidden but systemic suffering and loss of life, arguably the single most powerful countermeasure we could undertake is not to ban junk food advertising to children, nor tax sugary drinks, nor place fast-food shops 100m from the school gates, but to recategorise food products so that it is easier for consumers to see how healthy they are. If that step was taken, most breakfast cereals would appear in the snack aisle, most baked goods would appear in the dessert aisle, most yoghurts would appear in the soft drinks aisle, and those rusks would appear at the confectionary check-out. It may seem trivial, but the accurate and transparent categorisation of food products is a key battle in the war on obesity.

This is because “perceptual categorisation” is a powerful phenomenon. Every object, every experience we have, is assigned to a category we have built up in our minds over time. We respond to the world by putting things into categories, not by thinking of things as individual cases. That is why we don’t run up to every person on Grafton Street we’ve never seen and greet them in astonishment of their sheer uniqueness. We scan the environment: “person”, “person”, “person”, “shop”, “person”, “litter bin”, and so on. These “heuristics” form the basis of consumer behaviour and the backbone of marketing theory.

As we work hard to build up sophisticated categories in our minds, we also outsource and entrust much of it to food firms. Do you remember the orange juice Sunny Delight? It was launched in the United Kingdom in the late 1990s, with a multi-million pound marketing campaign, and soon became one of the biggest selling drinks in the world. It was positioned as a healthy alternative to fizzy drinks. In its advertisements, Mom would stock the fridge with Sunny D so that when the kids and their friends came to visit, they’d see what a cool family they were. The central message was that the drink should be stored in the fridge. Things that are categorised as fridge-worthy are at the high-table of healthfulness.

But Sunny D wasn’t technically a juice, it was a “citrus-enriched beverage” – a mere 2 per cent orange juice, added to high-fructose corn syrup and water. It could exist for years on a supermarket shelf. But the connotations of freshness that the fridge lent ensconced it firmly and unconsciously in our perceptual category of “healthy”. More recently, the Irish Supreme Court ruled that the sugar content of Subway sandwich bread was so high it should be recategorised as confectionary. The court case was considering whether Subway bread should be VAT-exempt rather than concern for consumers being confused or misled in their food choices. Pringles crisps had a similar court case about a decade ago on whether its slurry of potato, wheat starch, rice flour, sunflower and maize oil dusted with monosodium glutamates, disodium inosinates, yellow colourings, and more than a dozen other ingredients constituted a “potato chip”, again for tax categorisation purposes.

Most of the processed food we eat is not from mother nature but assembled in factories with laboratory agents added. The role of marketing, in a deep sense, it is to re-enchant an object. Marketing re-enchants food by shifting it to emotionally powerful images (the pastoral countryside, the jungle, the forest, the country kitchen or the bakery). It is at the level of categorisation where most of the money and effort is spent by the producers of ultra-processed food.

Take for example the case of the European Parliament recently, which rejected the meat lobby’s attempts to ban plant-based products using categories such as “burger” or “sausage” in their description of their vegetarian substitutes. Its argument was essentially that it was confusing for the customer. In reality, this illustrates how the key battles for the control of food and its consumption are not in its advertising, branding, celebrity endorsements or pricing, but in the much more subtle yet profound ways that our perceptual categories are massaged. Food brands, supermarket retailers and industry lobby groups know this.

Meanwhile, the rest of us continue to trudge down the “cereal” aisle, wondering where it is all going wrong.

Dr Norah Campbell is associate professor of marketing at Trinity College Dublin, Sarah Browne is Assistant Professor in Marketing at TCD, and Prof Francis Finucane is a consultant endocrinologist at Galway University Hospitals and NUI Galway


How supermarkets trick us into buying unhealthy food, and what we can do about it

Do you ever look up at those signs hanging over the aisles in supermarkets to see how you might possibly get the last three last things you need without going back to the start of the dreaded racetrack?

If you’re anything like most people, you probably begin shopping in quite an orderly fashion. With grim determination you make it through the “decompression zone” – that no-man’s land of candles and wicker baskets and lilies that retail experts have carefully designed to slow you down from street speed to shopper speed, into the “marketplace” which delivers the motherlode of freshness.

You are chicaned around the “perimeter” of the store: the edges that house the deli, bakery and butcher, and where most profit is made. Then it becomes a little more random. Halfway up one aisle, you abandon your trolley, U-turn around those “end cap” displays that are meant to entice you to impulse-buy the stuff you may not have had on your list. (What’s a breakfast bar doing beside a kettle promotion?)

With vague panic rising, you start looking up at the categories for some guidance and sanity – please, please tell me where the baking aisle is. Retail designers estimate (and they have done a lot of investigation into the micro-behaviours of customers) that after about 25 minutes in the supermarket we switch from rational to emotional decision-making. This makes us more susceptible to grabbing a packet of chocolate raisins located right next to the eggs.

Food categories – the way we see the basic groups of foods – fruits, vegetables, grains, oils, dairy and so on, are incredibly powerful. They orientate the way we tick off the shopping list, mentally accounting for the members of the family and the stages of the day. Breakfast, tick. Lunchboxes, tick. Dinners, tick. The Food Safety Authority of Ireland has done really interesting studies on the nutritional content of foods in Irish supermarkets. It found that the majority of yoghurts are not healthy choices, nor are breakfast cereals. The majority of “baby crisps” were higher in saturated fat than adult “reduced fat” crisps, while most baby biscuits were higher in sugar than plain digestive biscuits. Categories can be deceptive, even dangerous.

Związane z

Ta zawartość została zablokowana ze względu na Twoje preferencje dotyczące plików cookie. Aby go wyświetlić, zmień ustawienia i odśwież stronę

In the face of an obesity crisis that has caused hidden but systemic suffering and loss of life, arguably the single most powerful countermeasure we could undertake is not to ban junk food advertising to children, nor tax sugary drinks, nor place fast-food shops 100m from the school gates, but to recategorise food products so that it is easier for consumers to see how healthy they are. If that step was taken, most breakfast cereals would appear in the snack aisle, most baked goods would appear in the dessert aisle, most yoghurts would appear in the soft drinks aisle, and those rusks would appear at the confectionary check-out. It may seem trivial, but the accurate and transparent categorisation of food products is a key battle in the war on obesity.

This is because “perceptual categorisation” is a powerful phenomenon. Every object, every experience we have, is assigned to a category we have built up in our minds over time. We respond to the world by putting things into categories, not by thinking of things as individual cases. That is why we don’t run up to every person on Grafton Street we’ve never seen and greet them in astonishment of their sheer uniqueness. We scan the environment: “person”, “person”, “person”, “shop”, “person”, “litter bin”, and so on. These “heuristics” form the basis of consumer behaviour and the backbone of marketing theory.

As we work hard to build up sophisticated categories in our minds, we also outsource and entrust much of it to food firms. Do you remember the orange juice Sunny Delight? It was launched in the United Kingdom in the late 1990s, with a multi-million pound marketing campaign, and soon became one of the biggest selling drinks in the world. It was positioned as a healthy alternative to fizzy drinks. In its advertisements, Mom would stock the fridge with Sunny D so that when the kids and their friends came to visit, they’d see what a cool family they were. The central message was that the drink should be stored in the fridge. Things that are categorised as fridge-worthy are at the high-table of healthfulness.

But Sunny D wasn’t technically a juice, it was a “citrus-enriched beverage” – a mere 2 per cent orange juice, added to high-fructose corn syrup and water. It could exist for years on a supermarket shelf. But the connotations of freshness that the fridge lent ensconced it firmly and unconsciously in our perceptual category of “healthy”. More recently, the Irish Supreme Court ruled that the sugar content of Subway sandwich bread was so high it should be recategorised as confectionary. The court case was considering whether Subway bread should be VAT-exempt rather than concern for consumers being confused or misled in their food choices. Pringles crisps had a similar court case about a decade ago on whether its slurry of potato, wheat starch, rice flour, sunflower and maize oil dusted with monosodium glutamates, disodium inosinates, yellow colourings, and more than a dozen other ingredients constituted a “potato chip”, again for tax categorisation purposes.

Most of the processed food we eat is not from mother nature but assembled in factories with laboratory agents added. The role of marketing, in a deep sense, it is to re-enchant an object. Marketing re-enchants food by shifting it to emotionally powerful images (the pastoral countryside, the jungle, the forest, the country kitchen or the bakery). It is at the level of categorisation where most of the money and effort is spent by the producers of ultra-processed food.

Take for example the case of the European Parliament recently, which rejected the meat lobby’s attempts to ban plant-based products using categories such as “burger” or “sausage” in their description of their vegetarian substitutes. Its argument was essentially that it was confusing for the customer. In reality, this illustrates how the key battles for the control of food and its consumption are not in its advertising, branding, celebrity endorsements or pricing, but in the much more subtle yet profound ways that our perceptual categories are massaged. Food brands, supermarket retailers and industry lobby groups know this.

Meanwhile, the rest of us continue to trudge down the “cereal” aisle, wondering where it is all going wrong.

Dr Norah Campbell is associate professor of marketing at Trinity College Dublin, Sarah Browne is Assistant Professor in Marketing at TCD, and Prof Francis Finucane is a consultant endocrinologist at Galway University Hospitals and NUI Galway


Obejrzyj wideo: Testuje WSZYSTKIE NAPOJE ZERO! który najlepszy? (Listopad 2021).