Nowe przepisy

Pop-Up Bar sprawia, że ​​psy pracują jako barmani

Pop-Up Bar sprawia, że ​​psy pracują jako barmani

Szkolenie przyjaznych psów do podawania alkoholu może być najlepszym pomysłem w historii

Wikimedia/użytkownik

Pop-up bar w Londynie ma zespół przyjaznych owczarków niemieckich z małymi beczkami na szyjach, serwujących napoje klientom.

Tak jak świat przyzwyczajał się do kocich kawiarni, pop-up bar w Londynie wpadł na wspaniały nowy pomysł na zatrudnienie i zainstalował kilka dużych przyjaznych psów jako barmanów.

Według Travel and Leisure, Bar d’Alsace-tian w Londynie to pop-up bar wymyślony przez browar Kronenbourg. Wewnątrz każdej beczki znajduje się schłodzona butelka piwa Kronenbourg 1664, którą klienci mogą wyjąć i wypić za darmo, choć zawsze dobrze jest dać napiwek swojemu kelnerowi. W tym przypadku barmani prawdopodobnie doceniliby drapanie uszu.

Restauracja nazywa nawet swoich nowych pracowników „szczekaczami”, co jest trochę głupie, ale nie umniejsza cudowności szkolenia dużych, przyjaznych psów do rozdawania alkoholu i buziaków.

Bar serwuje również bezpłatny chleb i ser, a wokół są barmani i personel, aby napełnić beczki psów. Niestety, Bar d’Alsace-tian był otwarty tylko przez jeden dzień, ale biorąc pod uwagę sukces kocich kawiarni na świecie, wydaje się, że to tylko kwestia czasu, zanim ktoś inny zdecyduje się otworzyć kawiarnię z psami.


Phil Ward po prostu chce być barmanem

W ostatnią noc służby w Mayahuel – pionierskim barze z tequilą i mezcalem w nowojorskim East Village, który został zamknięty w sierpniu po ośmiu latach działalności – spodziewano się, że doszło do obserwacji celebrytów ze świata gorzałki. Ron Cooper, założyciel Del Maguey, uznanej linii mezcalów rzemieślniczych, krążył, wylewając dramy z prywatnej skrytki. David Suro, ewangelista agawy i pedagog, który produkuje linię tequili Siembra Valles, rozmawiał z ludźmi przy drzwiach.

Ale chyba najbardziej zaskakującym występem podczas długiego pożegnania w płynie był Phil Ward, wysoki, smukły współzałożyciel baru. Fani dobrze wiedzieli, że jeśli chcesz złapać Warda w akcji, Mayahuel jest ostatnim miejscem, w którym możesz zajrzeć. Zdecydowanie wolał być barmanem w dzielnicy dalej, w barze Long Island w Cobble Hill, barze, w którym nie ma żadnych udziałów.

„Tak naprawdę nie jest fajnie być barmanem we własnym barze”, wyjaśnia Ward ze swoją typową, nielakierowaną dosadnością. „Tak naprawdę nie możesz po prostu barmanem”.

Ale Ward nie musi być barmanem. Biorąc pod uwagę wagę jego nazwiska w kręgach koktajlowych – jego życiorys czyta się jak historia odrodzenia koktajli w Nowym Jorku – mógł po prostu odwiesić fartuch na dobre i skierować energię na zaplecze. Ale to najwyraźniej nie wchodziło w grę.

„Bardzo lubię barmaństwo” – mówi.

Może to zabrzmieć dziwnie, ale ta pasja czyni Phila Warda osobliwością w jego branży. W dzisiejszych czasach za barem rzadko można spotkać znanych barmanów. Są zajęci podróżowaniem po świecie, zwiedzaniem destylarni, startowaniem w konkursach koktajlowych, ocenianiem konkursów koktajlowych, konsultowaniem się w barach nie swoich, pisaniem książek, współpracą w zakresie alkoholi i goszczeniem pop-up barów w egzotycznych lokalizacjach – wszystko oprócz barmaństwa.

Ward niewiele z tego robi. Mayahuel, w przeciwieństwie do innych słynnych barów koktajlowych, nie wydał książki. („Teraz zakłada się, że każdy dobry bar powinien zrobić książkę barową”, mówi Ward. „Nie chcę robić tego, co robią wszyscy inni”). Nie jest zainteresowany byciem ambasadorem marki. („Jedyną marką, dla której mógłbym pracować, jest Del Maguey”). Od lat nie był na Tales of the Cocktail, dorocznym nowoorleańskim zjeździe drinków. („Wolałbym po prostu pojechać innym razem do Nowego Orleanu”). I chociaż zdobył nagrodę Spirited Award – tak zwane „Oscary świata barów”, wręczane corocznie w Tales – nie myśli zbyt wiele honoru. („Nagrody Spirited Awards są naprawdę niepokojące. To jak kult”).

To nie jest normalne zachowanie w kontekście nowego wspaniałego świata nowoczesnego barmaństwa. Ale Ward nie ma z tym problemu. „Nigdy nie uważałem się za normalnego”, mówi.

Renesans koktajli nadał cel życiu niejednemu marnotrawcy i buntownikowi. Ale może żaden nie jest tak dziwny jak Ward. Wysoki i kanciasty w stylu El Greco, czapka zazwyczaj ciasno naciągnięta na głowę, jego powłóczysty wygląd i milczący sposób nie od razu się komunikują barman. Jego pierwszy pracodawca, Julie Reiner, w rzeczywistości wahał się, czy umieścić go za barem, gdzie byłby zmuszony komunikować się z opinią publiczną. Ale awansował w branży dzięki czystemu talentowi, jak koktajlowy odpowiednik postaci Matta Damona w Polowanie z dobrej woli, mop wyrwał mu się z ręki, gdy okazało się, że instynktownie potrafi stworzyć nieskazitelnego Martineza.

“Nie chciał nikomu zaimponować. Wyglądał na surowego. Surowe to naprawdę najlepsze słowo na to. Uważam, że to bardzo orzeźwiające. Na świecie jest bardzo niewielu ludzi, którzy są tak niefiltrowani i nadal mogą być tak ujmujący”.

Choć sprytny i zaraźliwie zabawny (kiedy go poznasz), nie był znany ze swojego łatwego uroku we wczesnych latach swojej kariery. Właściwie nawet dla niego samego jest zaskoczeniem, że nadal pracuje jako barman. „To niesamowite, jak daleko zaszedłem” — przyznaje. – Stali bywalcy udają, że mnie lubią.

„Phil z pewnością jest trochę ubrany w strój Murraya Stensona lub Paula Gustingsa” – mówi Toby Cecchini, właściciel Long Island Bar, wymieniając dwóch legendarnych dożywotnich barmanów. „Są to faceci, których codziennie znajdziesz za barem, którzy nie znoszą głupoty. Podobnie jak oni, unika powszechnie przyjętego reflektora mediów branżowych i autopromocji, często ze zmarszczonymi brwiami inwektywami”.

Cecchini tak naprawdę nie pamięta zatrudniania Warda. Właśnie pojawił się w 2014 roku, kiedy otworzył Long Island Bar. „Cabell Tomlinson był naszym dyrektorem generalnym” – mówi. „Zabrała na pokład swoją przyjaciółkę Katie Stipe, która była wówczas dziewczyną Phila, a Phil po prostu pojawił się jako część umowy”. Od tego czasu jest „zakopany jak krab piaskowy”.

Ward nie ma zamiaru odchodzić: wybrał dodatkowe zmiany, kiedy mógł je dostać, nawet gdy Mayahuel nadal działał. Nie jest też próżniakiem, żerującym na reputacji. Jeśli skończą mu się rzeczy do zrobienia na danej zmianie, mówi kolega barman Timothy Miner, zaczyna wykonywać pracę Minera. „Phil nie lubi przestojów” – mówi.

Ward miał prawie 30 lat, bez żadnych szczególnych ambicji życiowych, kiedy w 2003 roku natknął się na rodzący się świat rzemieślniczych koktajli. Urodzony w Pittsburghu, w drodze powrotnej z trasy po Europie zrobił postój w Nowym Jorku. Szukając pracy, odebrał otwartą rozmowę w nowym barze w dzielnicy Flatiron. Okazało się, że to Flatiron Lounge, jeden z pierwszych nowoczesnych barów koktajlowych w mieście. Został zatrudniony jako bar z powrotem.

Patrząc, jak barmani mozolnie przygotowują ozdobne, wieloskładnikowe drinki, o których nigdy nie słyszał, jego postawa szybko zmieniła się z „Co do diabła?” na „Chcę to zrobić”.

Nauczył się wszystkiego na temat budowy koktajli i alkoholi, a następnie wkradł się na stanowisko barmana. Kiedy Pegu Club został otwarty w 2005 roku, został zatrudniony jako członek zespołu barmańskich gwiazd otwarcia tego baru, ostatecznie stając się głównym barmanem. Dwa lata później był głównym barmanem w Death & Co., gdzie właściciele David Kaplan i Ravi DeRossi na ogół dawali mu wolną rękę. Do tego czasu wyrobił sobie reputację uczonego z duchami, bez wysiłku produkując proste, dobrze wyważone nowoczesne klasyki, takie jak Oaxaca Old-Fashioned, Final Ward i Joy Division.

To właśnie w Death & Co. kształcił się na tequili i mezcalu, a następnie nie używał likierów w koktajlach. Wziął to, czego się nauczył, iw 2009 roku otworzył Mayahuel, który znacznie przyczynił się do rozwoju duchów agawy jako czegoś więcej niż tylko strzałów i żalu.

Justin Shapiro, inwestor w Mayahuel, który później został partnerem zarządzającym, wspominał swoje pierwsze spotkanie z Wardem. „Phil, idąc z ulicy — wyglądał na bezdomnego” — mówi Shapiro. „Nie dbał zbytnio o swój wygląd. Nie chciał nikomu zaimponować. Wyglądał na surowego. Surowe to naprawdę najlepsze słowo na to. Uważam, że to bardzo orzeźwiające. Na świecie jest bardzo niewielu ludzi, którzy są tak niefiltrowani i nadal mogą być tak ujmujący”.

Mayahuel robił fale i zarabiał przez całe osiem lat. Ale to też przyniosło bóle głowy. Niezbyt przyjazna relacja Warda ze współwłaścicielem DeRossi była powszechna w kręgach branżowych. A relacje partnerów z właścicielem budynku były pełne nieszczęść budowlanych i bitew sądowych. Nawet gdyby właściciel zaoferował nową dzierżawę – czego nie zrobił – Ward nie jest pewien, czy kontynuowałby bar w tym miejscu. I chociaż bawi go pomysł otwarcia kolejnego baru z agawą, nie nazwałby go Mayahuel.

„Tak naprawdę nie wierzę w reprodukcję” – mówi.

Tymczasem Ward cieszy się siedząc na rękach. Nie współpracuje z marką mezcal, nie konsultuje się w żadnych barach, nie pisze swoich wspomnień. Po prostu jest barmanem.


Phil Ward po prostu chce być barmanem

W ostatnią noc służby w Mayahuel – pionierskim barze z tequilą i mezcalem w nowojorskim East Village, który został zamknięty w sierpniu po ośmiu latach działalności – spodziewano się, że doszło do obserwacji celebrytów ze świata gorzałki. Ron Cooper, założyciel Del Maguey, uznanej linii mezcalów rzemieślniczych, krążył, wylewając dramy z prywatnej skrytki. David Suro, ewangelista agawy i pedagog, który produkuje linię tequili Siembra Valles, rozmawiał z ludźmi przy drzwiach.

Ale chyba najbardziej zaskakującym występem podczas długiego pożegnania w płynie był Phil Ward, wysoki, smukły współzałożyciel baru. Fani dobrze wiedzieli, że jeśli chcesz złapać Warda w akcji, Mayahuel jest ostatnim miejscem, w którym możesz zajrzeć. Zdecydowanie wolał chodzić za barem o dzielnicę dalej, w barze Long Island w Cobble Hill, barze, w którym nie ma żadnych udziałów.

„Tak naprawdę nie jest fajnie być barmanem we własnym barze”, wyjaśnia Ward ze swoją typową, nielakierowaną dosadnością. „Tak naprawdę nie możesz po prostu barmanem”.

Ale Ward nie musi być barmanem. Biorąc pod uwagę wagę jego nazwiska w kręgach koktajlowych – jego życiorys czyta się jak historia odrodzenia koktajli w Nowym Jorku – mógł po prostu odwiesić fartuch na dobre i skierować energię na zaplecze. Ale to najwyraźniej nie wchodziło w grę.

„Bardzo lubię barmaństwo” – mówi.

Może to zabrzmieć dziwnie, ale ta pasja czyni Phila Warda osobliwością w jego branży. W dzisiejszych czasach za barem rzadko można spotkać znanych barmanów. Są zajęci podróżowaniem po świecie, zwiedzaniem destylarni, startowaniem w konkursach koktajlowych, ocenianiem konkursów koktajlowych, konsultacjami w barach nie swoich, pisaniem książek, współpracą w zakresie alkoholi i goszczeniem pop-up barów w egzotycznych lokalizacjach - wszystko oprócz barmaństwa.

Ward niewiele z tego robi. Mayahuel, w przeciwieństwie do innych słynnych barów koktajlowych, nie wydał książki. („Teraz zakłada się, że każdy dobry bar powinien zrobić książkę barową”, mówi Ward. „Nie chcę robić tego, co robią wszyscy inni”). Nie jest zainteresowany byciem ambasadorem marki. („Jedyną marką, dla której mógłbym pracować, jest Del Maguey”). Od lat nie był na Tales of the Cocktail, dorocznym nowoorleańskim konwencie napojów. („Wolałbym po prostu pojechać innym razem do Nowego Orleanu”). I chociaż zdobył nagrodę Spirited Award – tak zwane „Oscary świata barów”, wręczane corocznie w Tales – nie myśli zbyt wiele honoru. („Nagrody Spirited Awards są naprawdę niepokojące. To jak kult”).

To nie jest normalne zachowanie w kontekście nowego wspaniałego świata nowoczesnego barmaństwa. Ale Ward nie ma z tym problemu. „Nigdy nie uważałem się za normalnego”, mówi.

Renesans koktajli nadał cel życiu niejednemu marnotrawcy i buntownikowi. Ale może żaden nie jest tak dziwny jak Ward. Wysoki i kanciasty w stylu El Greco, czapka zazwyczaj ciasno naciągnięta na głowę, jego powłóczysty wygląd i milczący sposób nie od razu się komunikują barman. Jego pierwszy pracodawca, Julie Reiner, w rzeczywistości wahał się, czy umieścić go za barem, gdzie byłby zmuszony komunikować się z opinią publiczną. Ale awansował w branży dzięki czystemu talentowi, jak koktajlowy odpowiednik postaci Matta Damona w Polowanie z dobrej woli, mop wyrwał mu się z ręki, gdy okazało się, że instynktownie potrafi stworzyć nieskazitelnego Martineza.

“Nie chciał nikomu zaimponować. Wyglądał na surowego. Surowe to naprawdę najlepsze słowo na to. Uważam, że to bardzo orzeźwiające. Na świecie jest bardzo niewielu ludzi, którzy są tak niefiltrowani i nadal mogą być tak ujmujący”.

Choć sprytny i zaraźliwie zabawny (kiedy go poznasz), nie był znany ze swojego łatwego uroku we wczesnych latach swojej kariery. Właściwie nawet dla niego samego jest zaskoczeniem, że nadal pracuje jako barman. „To niesamowite, jak daleko zaszedłem” — przyznaje. – Stali bywalcy udają, że mnie lubią.

„Phil z pewnością jest trochę ubrany w strój Murraya Stensona lub Paula Gustingsa” – mówi Toby Cecchini, właściciel Long Island Bar, wymieniając dwóch legendarnych dożywotnich barmanów. „Są to faceci, których codziennie znajdziesz za barem, którzy nie znoszą głupoty. Podobnie jak oni, unika powszechnie przyjętego reflektora mediów branżowych i autopromocji, często ze zmarszczonymi brwiami inwektywami”.

Cecchini tak naprawdę nie pamięta zatrudniania Warda. Właśnie pojawił się w 2014 roku, kiedy otworzył Long Island Bar. „Cabell Tomlinson był naszym dyrektorem generalnym” – mówi. „Zabrała na pokład swoją przyjaciółkę Katie Stipe, która była wówczas dziewczyną Phila, a Phil po prostu pojawił się jako część umowy”. Od tego czasu jest „zakopany jak krab piaskowy”.

Ward nie ma zamiaru odchodzić: wybrał dodatkowe zmiany, kiedy mógł je dostać, nawet gdy Mayahuel nadal działał. Nie jest też próżniakiem, żerującym na reputacji. Jeśli skończą mu się rzeczy do zrobienia na danej zmianie, mówi kolega barman Timothy Miner, zaczyna wykonywać pracę Minera. „Phil nie lubi przestojów” – mówi.

Ward miał prawie 30 lat, bez żadnych szczególnych ambicji życiowych, kiedy w 2003 roku natknął się na rodzący się świat rzemieślniczych koktajli. Urodzony w Pittsburghu, w drodze powrotnej z trasy po Europie zrobił postój w Nowym Jorku. Szukając pracy, odebrał otwartą rozmowę w nowym barze w dzielnicy Flatiron. Okazało się, że to Flatiron Lounge, jeden z pierwszych nowoczesnych barów koktajlowych w mieście. Został zatrudniony jako bar z powrotem.

Patrząc, jak barmani mozolnie przygotowują ozdobne, wieloskładnikowe drinki, o których nigdy nie słyszał, jego postawa szybko zmieniła się z „Co do diabła?” na „Chcę to zrobić”.

Nauczył się wszystkiego na temat budowy koktajli i alkoholi, a następnie wkradł się na stanowisko barmana. Kiedy Pegu Club został otwarty w 2005 roku, został zatrudniony jako członek zespołu barmańskich gwiazd otwarcia tego baru, ostatecznie stając się głównym barmanem. Dwa lata później był głównym barmanem w Death & Co., gdzie właściciele David Kaplan i Ravi DeRossi na ogół dawali mu wolną rękę. Do tego czasu wyrobił sobie reputację uczonego z duchami, bez wysiłku produkując proste, dobrze wyważone nowoczesne klasyki, takie jak Oaxaca Old-Fashioned, Final Ward i Joy Division.

To właśnie w Death & Co. kształcił się na tequili i mezcalu, a następnie nie używał likierów w koktajlach. Wziął to, czego się nauczył, iw 2009 roku otworzył Mayahuel, który znacznie przyczynił się do rozwoju duchów agawy jako czegoś więcej niż tylko strzałów i żalu.

Justin Shapiro, inwestor w Mayahuel, który później został partnerem zarządzającym, wspominał swoje pierwsze spotkanie z Wardem. „Phil, idąc z ulicy — wyglądał na bezdomnego” — mówi Shapiro. „Nie dbał zbytnio o swój wygląd. Nie chciał nikomu zaimponować. Wyglądał na surowego. Surowe to naprawdę najlepsze słowo na to. Uważam, że to bardzo orzeźwiające. Na świecie jest bardzo niewielu ludzi, którzy są tak niefiltrowani i nadal mogą być tak ujmujący”.

Mayahuel robił fale i zarabiał przez całe osiem lat. Ale to też przyniosło bóle głowy. Niezbyt przyjazna relacja Warda ze współwłaścicielem DeRossi była powszechna w kręgach branżowych. A relacje partnerów z właścicielem budynku były pełne nieszczęść budowlanych i bitew sądowych. Nawet gdyby właściciel zaoferował nową dzierżawę – czego nie zrobił – Ward nie jest pewien, czy kontynuowałby bar w tym miejscu. I chociaż bawi go pomysł otwarcia kolejnego baru z agawą, nie nazwałby go Mayahuel.

„Tak naprawdę nie wierzę w reprodukcję” – mówi.

Tymczasem Ward cieszy się siedząc na rękach. Nie współpracuje z marką mezcal, nie konsultuje się w żadnych barach, nie pisze swoich wspomnień. Po prostu jest barmanem.


Phil Ward po prostu chce być barmanem

W ostatnią noc służby w Mayahuel — pionierskim barze z tequilą i mezcalem w nowojorskim East Village, który został zamknięty w sierpniu po ośmiu latach działalności — spodziewano się, że doszło do obserwacji celebrytów ze świata gorzałki. Ron Cooper, założyciel Del Maguey, uznanej linii mezcalów rzemieślniczych, krążył, wylewając dramy z prywatnej skrytki. David Suro, ewangelista agawy i pedagog, który produkuje linię tequili Siembra Valles, rozmawiał z ludźmi przy drzwiach.

Ale chyba najbardziej zaskakującym występem podczas długiego pożegnania w płynie był Phil Ward, wysoki, smukły współzałożyciel baru. Fani dobrze wiedzieli, że jeśli chcesz złapać Warda w akcji, Mayahuel jest ostatnim miejscem, w którym możesz zajrzeć. Zdecydowanie wolał chodzić za barem o dzielnicę dalej, w barze Long Island w Cobble Hill, barze, w którym nie ma żadnych udziałów.

„Tak naprawdę nie jest fajnie być barmanem we własnym barze”, wyjaśnia Ward ze swoją typową, nielakierowaną dosadnością. „Tak naprawdę nie możesz po prostu barmanem”.

Ale Ward nie musi być barmanem. Biorąc pod uwagę wagę jego nazwiska w kręgach koktajlowych – jego życiorys czyta się jak historia odrodzenia koktajli w Nowym Jorku – mógł po prostu odwiesić fartuch na dobre i skierować energię na zaplecze. Ale to najwyraźniej nie wchodziło w grę.

„Bardzo lubię barmaństwo” – mówi.

Może to zabrzmieć dziwnie, ale ta pasja czyni Phila Warda osobliwością w jego branży. W dzisiejszych czasach za barem rzadko można spotkać znanych barmanów. Są zajęci podróżowaniem po świecie, zwiedzaniem destylarni, startowaniem w konkursach koktajlowych, ocenianiem konkursów koktajlowych, konsultacjami w barach nie swoich, pisaniem książek, współpracą w zakresie alkoholi i goszczeniem pop-up barów w egzotycznych lokalizacjach - wszystko oprócz barmaństwa.

Ward niewiele z tego robi. Mayahuel, w przeciwieństwie do innych słynnych barów koktajlowych, nie wydał książki. („Teraz zakłada się, że każdy dobry bar powinien zrobić książkę barową”, mówi Ward. „Nie chcę robić tego, co robią wszyscy inni”). Nie jest zainteresowany byciem ambasadorem marki. („Jedyną marką, dla której mógłbym pracować, jest Del Maguey”). Od lat nie był na Tales of the Cocktail, dorocznym nowoorleańskim konwencie napojów. („Wolałbym po prostu pojechać innym razem do Nowego Orleanu”). I chociaż zdobył nagrodę Spirited Award – tak zwane „Oscary świata barów”, wręczane corocznie w Tales – nie myśli zbyt wiele honoru. („Nagrody Spirited Awards są naprawdę niepokojące. To jak kult”).

To nie jest normalne zachowanie w kontekście nowego wspaniałego świata nowoczesnego barmaństwa. Ale Ward nie ma z tym problemu. „Nigdy nie uważałem się za normalnego”, mówi.

Renesans koktajli nadał cel życiu niejednemu marnotrawcy i buntownikowi. Ale może żaden nie jest tak dziwny jak Ward. Wysoki i kanciasty w stylu El Greco, czapka zazwyczaj ciasno naciągnięta na głowę, jego powłóczysty wygląd i milczący sposób nie od razu się komunikują barman. Jego pierwszy pracodawca, Julie Reiner, w rzeczywistości wahał się, czy umieścić go za barem, gdzie byłby zmuszony komunikować się z opinią publiczną. Ale awansował w branży dzięki czystemu talentowi, jak koktajlowy odpowiednik postaci Matta Damona w Polowanie z dobrej woli, mop wyrwał mu się z ręki, gdy okazało się, że instynktownie potrafi stworzyć nieskazitelnego Martineza.

“Nie chciał nikomu zaimponować. Wyglądał na surowego. Surowe to naprawdę najlepsze słowo na to. Uważam, że to bardzo orzeźwiające. Na świecie jest bardzo niewielu ludzi, którzy są tak niefiltrowani i nadal mogą być tak ujmujący”.

Choć sprytny i zaraźliwie zabawny (kiedy go poznasz), nie był znany ze swojego łatwego uroku we wczesnych latach swojej kariery. Właściwie nawet dla niego samego jest zaskoczeniem, że nadal pracuje jako barman. „To niesamowite, jak daleko zaszedłem” — przyznaje. – Stali bywalcy udają, że mnie lubią.

„Phil z pewnością jest trochę ubrany w strój Murraya Stensona lub Paula Gustingsa” – mówi Toby Cecchini, właściciel Long Island Bar, wymieniając dwóch legendarnych dożywotnich barmanów. „Są to faceci, których codziennie znajdziesz za barem, którzy nie znoszą głupoty. Podobnie jak oni, unika powszechnie przyjętego reflektora mediów branżowych i autopromocji, często ze zmarszczonymi brwiami inwektywami”.

Cecchini tak naprawdę nie pamięta zatrudniania Warda. Właśnie pojawił się w 2014 roku, kiedy otworzył Long Island Bar. „Cabell Tomlinson był naszym dyrektorem generalnym” – mówi. „Zabrała na pokład swoją przyjaciółkę Katie Stipe, która była wówczas dziewczyną Phila, a Phil po prostu pojawił się jako część umowy”. Od tego czasu jest „zakopany jak krab piaskowy”.

Ward nie ma zamiaru odchodzić: wybrał dodatkowe zmiany, kiedy mógł je dostać, nawet gdy Mayahuel nadal działał. Nie jest też próżniakiem, żerującym na reputacji. Jeśli skończą mu się rzeczy do zrobienia na danej zmianie, mówi kolega barman Timothy Miner, zaczyna wykonywać pracę Minera. „Phil nie lubi przestojów” – mówi.

Ward miał prawie 30 lat, bez żadnych szczególnych ambicji życiowych, kiedy w 2003 roku natknął się na rodzący się świat rzemieślniczych koktajli. Urodzony w Pittsburghu, w drodze powrotnej z trasy po Europie zrobił postój w Nowym Jorku. Szukając pracy, odebrał otwartą rozmowę w nowym barze w dzielnicy Flatiron. Okazało się, że to Flatiron Lounge, jeden z pierwszych nowoczesnych barów koktajlowych w mieście. Został zatrudniony jako bar z powrotem.

Patrząc, jak barmani mozolnie przygotowują ozdobne, wieloskładnikowe drinki, o których nigdy nie słyszał, jego postawa szybko zmieniła się z „Co do diabła?” na „Chcę to zrobić”.

Nauczył się wszystkiego na temat budowy koktajli i alkoholi, a następnie wkradł się na stanowisko barmana. Kiedy Pegu Club został otwarty w 2005 roku, został zatrudniony jako członek zespołu barmańskich gwiazd otwarcia tego baru, ostatecznie stając się głównym barmanem. Dwa lata później był głównym barmanem w Death & Co., gdzie właściciele David Kaplan i Ravi DeRossi na ogół dawali mu wolną rękę. Do tego czasu wyrobił sobie reputację uczonego z duchami, bez wysiłku produkując proste, dobrze wyważone nowoczesne klasyki, takie jak Oaxaca Old-Fashioned, Final Ward i Joy Division.

To właśnie w Death & Co. kształcił się na tequili i mezcalu, a następnie nie używał likierów w koktajlach. Wziął to, czego się nauczył, iw 2009 roku otworzył Mayahuel, który znacznie przyczynił się do rozwoju duchów agawy jako czegoś więcej niż tylko strzałów i żalu.

Justin Shapiro, inwestor w Mayahuel, który później został partnerem zarządzającym, wspominał swoje pierwsze spotkanie z Wardem. „Phil, idąc z ulicy — wyglądał na bezdomnego” — mówi Shapiro. „Nie dbał zbytnio o swój wygląd. Nie chciał nikomu zaimponować. Wyglądał na surowego. Surowe to naprawdę najlepsze słowo na to. Uważam, że to bardzo orzeźwiające. Na świecie jest bardzo niewielu ludzi, którzy są tak niefiltrowani i nadal mogą być tak ujmujący”.

Mayahuel robił fale i zarabiał przez całe osiem lat. Ale to też przyniosło bóle głowy. Niezbyt przyjazna relacja Warda ze współwłaścicielem DeRossi była powszechna w kręgach branżowych. A relacje partnerów z właścicielem budynku były pełne nieszczęść budowlanych i bitew sądowych. Nawet gdyby właściciel zaoferował nową dzierżawę – czego nie zrobił – Ward nie jest pewien, czy kontynuowałby bar w tym miejscu. I chociaż bawi go pomysł otwarcia kolejnego baru z agawą, nie nazwałby go Mayahuel.

„Tak naprawdę nie wierzę w reprodukcję” – mówi.

Tymczasem Ward cieszy się siedząc na rękach. Nie współpracuje z marką mezcal, nie konsultuje się w żadnych barach, nie pisze swoich wspomnień. Po prostu jest barmanem.


Phil Ward po prostu chce być barmanem

W ostatnią noc służby w Mayahuel — pionierskim barze z tequilą i mezcalem w nowojorskim East Village, który został zamknięty w sierpniu po ośmiu latach działalności — spodziewano się, że doszło do obserwacji celebrytów ze świata gorzałki. Ron Cooper, założyciel Del Maguey, uznanej linii mezcalów rzemieślniczych, krążył, wylewając dramy z prywatnej skrytki. David Suro, ewangelista agawy i pedagog, który produkuje linię tequili Siembra Valles, rozmawiał z ludźmi przy drzwiach.

Ale chyba najbardziej zaskakującym występem podczas długiego pożegnania w płynie był Phil Ward, wysoki, smukły współzałożyciel baru. Fani dobrze wiedzieli, że jeśli chcesz złapać Warda w akcji, Mayahuel jest ostatnim miejscem, w którym możesz zajrzeć. Zdecydowanie wolał chodzić za barem o dzielnicę dalej, w barze Long Island w Cobble Hill, barze, w którym nie ma żadnych udziałów.

„Tak naprawdę nie jest fajnie być barmanem we własnym barze”, wyjaśnia Ward ze swoją typową, nielakierowaną dosadnością. „Tak naprawdę nie możesz po prostu barmanem”.

Ale Ward nie musi być barmanem. Biorąc pod uwagę wagę jego nazwiska w kręgach koktajlowych – jego życiorys czyta się jak historia odrodzenia koktajli w Nowym Jorku – mógł po prostu odwiesić fartuch na dobre i skierować energię na zaplecze. Ale to najwyraźniej nie wchodziło w grę.

„Bardzo lubię barmaństwo” – mówi.

Może to zabrzmieć dziwnie, ale ta pasja czyni Phila Warda osobliwością w jego branży. W dzisiejszych czasach za barem rzadko można spotkać znanych barmanów. Są zajęci podróżowaniem po świecie, zwiedzaniem destylarni, startowaniem w konkursach koktajlowych, ocenianiem konkursów koktajlowych, konsultacjami w barach nie swoich, pisaniem książek, współpracą w zakresie alkoholi i goszczeniem pop-up barów w egzotycznych lokalizacjach - wszystko oprócz barmaństwa.

Ward niewiele z tego robi. Mayahuel, w przeciwieństwie do innych słynnych barów koktajlowych, nie wydał książki. („Teraz zakłada się, że każdy dobry bar powinien zrobić książkę barową”, mówi Ward. „Nie chcę robić tego, co robią wszyscy inni”). Nie jest zainteresowany byciem ambasadorem marki. („Jedyną marką, dla której mógłbym pracować, jest Del Maguey”). Od lat nie był na Tales of the Cocktail, dorocznym nowoorleańskim konwencie napojów. („Wolałbym po prostu pojechać innym razem do Nowego Orleanu”). I chociaż zdobył nagrodę Spirited Award – tak zwane „Oscary świata barów”, wręczane corocznie w Tales – nie myśli zbyt wiele honoru. („Nagrody Spirited Awards są naprawdę niepokojące. To jak kult”).

To nie jest normalne zachowanie w kontekście nowego wspaniałego świata nowoczesnego barmaństwa. Ale Ward nie ma z tym problemu. „Nigdy nie uważałem się za normalnego”, mówi.

Renesans koktajli nadał cel życiu niejednemu marnotrawcy i buntownikowi. Ale może żaden nie jest tak dziwny jak Ward. Wysoki i kanciasty w stylu El Greco, czapka zazwyczaj ciasno naciągnięta na głowę, jego powłóczysty wygląd i milczący sposób nie od razu się komunikują barman. Jego pierwszy pracodawca, Julie Reiner, w rzeczywistości wahał się, czy umieścić go za barem, gdzie byłby zmuszony komunikować się z opinią publiczną. Ale awansował w branży dzięki czystemu talentowi, jak koktajlowy odpowiednik postaci Matta Damona w Polowanie z dobrej woli, mop wyrwał mu się z ręki, gdy okazało się, że instynktownie potrafi stworzyć nieskazitelnego Martineza.

“Nie chciał nikomu zaimponować. Wyglądał na surowego. Surowe to naprawdę najlepsze słowo na to. Uważam, że to bardzo orzeźwiające. Na świecie jest bardzo niewielu ludzi, którzy są tak niefiltrowani i nadal mogą być tak ujmujący”.

Choć sprytny i zaraźliwie zabawny (kiedy go poznasz), nie był znany ze swojego łatwego uroku we wczesnych latach swojej kariery. Właściwie nawet dla niego samego jest zaskoczeniem, że nadal pracuje jako barman. „To niesamowite, jak daleko zaszedłem” — przyznaje. – Stali bywalcy udają, że mnie lubią.

„Phil z pewnością jest trochę ubrany w strój Murraya Stensona lub Paula Gustingsa” – mówi Toby Cecchini, właściciel Long Island Bar, wymieniając dwóch legendarnych dożywotnich barmanów. „Są to faceci, których codziennie znajdziesz za barem, którzy nie znoszą głupoty. Podobnie jak oni, unika powszechnie przyjętego reflektora mediów branżowych i autopromocji, często ze zmarszczonymi brwiami inwektywami”.

Cecchini tak naprawdę nie pamięta zatrudniania Warda. Właśnie pojawił się w 2014 roku, kiedy otworzył Long Island Bar. „Cabell Tomlinson był naszym dyrektorem generalnym” – mówi. „Zabrała na pokład swoją przyjaciółkę Katie Stipe, która była wówczas dziewczyną Phila, a Phil po prostu pojawił się jako część umowy”. Od tego czasu jest „zakopany jak krab piaskowy”.

Ward nie ma zamiaru odchodzić: wybrał dodatkowe zmiany, kiedy mógł je dostać, nawet gdy Mayahuel nadal działał. Nie jest też próżniakiem, żerującym na reputacji. Jeśli skończą mu się rzeczy do zrobienia na danej zmianie, mówi kolega barman Timothy Miner, zaczyna wykonywać pracę Minera. „Phil nie lubi przestojów” – mówi.

Ward miał prawie 30 lat, bez żadnych szczególnych ambicji życiowych, kiedy w 2003 roku natknął się na rodzący się świat rzemieślniczych koktajli. Urodzony w Pittsburghu, w drodze powrotnej z trasy po Europie zrobił postój w Nowym Jorku. Szukając pracy, odebrał otwartą rozmowę w nowym barze w dzielnicy Flatiron. Okazało się, że to Flatiron Lounge, jeden z pierwszych nowoczesnych barów koktajlowych w mieście. Został zatrudniony jako bar z powrotem.

Patrząc, jak barmani mozolnie przygotowują ozdobne, wieloskładnikowe drinki, o których nigdy nie słyszał, jego postawa szybko zmieniła się z „Co do diabła?” na „Chcę to zrobić”.

Nauczył się wszystkiego na temat budowy koktajli i alkoholi, a następnie wkradł się na stanowisko barmana. Kiedy Pegu Club został otwarty w 2005 roku, został zatrudniony jako członek zespołu barmańskich gwiazd otwarcia tego baru, ostatecznie stając się głównym barmanem. Dwa lata później był głównym barmanem w Death & Co., gdzie właściciele David Kaplan i Ravi DeRossi na ogół dawali mu wolną rękę. Do tego czasu wyrobił sobie reputację uczonego z duchami, bez wysiłku produkując proste, dobrze wyważone nowoczesne klasyki, takie jak Oaxaca Old-Fashioned, Final Ward i Joy Division.

To właśnie w Death & Co. kształcił się na tequili i mezcalu, a następnie nie używał likierów w koktajlach. Wziął to, czego się nauczył, iw 2009 roku otworzył Mayahuel, który znacznie przyczynił się do rozwoju duchów agawy jako czegoś więcej niż tylko strzałów i żalu.

Justin Shapiro, inwestor w Mayahuel, który później został partnerem zarządzającym, wspominał swoje pierwsze spotkanie z Wardem. „Phil, idąc z ulicy — wyglądał na bezdomnego” — mówi Shapiro. „Nie dbał zbytnio o swój wygląd. Nie chciał nikomu zaimponować. Wyglądał na surowego. Surowe to naprawdę najlepsze słowo na to. Uważam, że to bardzo orzeźwiające. Na świecie jest bardzo niewielu ludzi, którzy są tak niefiltrowani i nadal mogą być tak ujmujący”.

Mayahuel robił fale i zarabiał przez całe osiem lat. Ale to też przyniosło bóle głowy. Niezbyt przyjazna relacja Warda ze współwłaścicielem DeRossi była powszechna w kręgach branżowych. A relacje partnerów z właścicielem budynku były pełne nieszczęść budowlanych i bitew sądowych. Nawet gdyby właściciel zaoferował nową dzierżawę – czego nie zrobił – Ward nie jest pewien, czy kontynuowałby bar w tym miejscu. I chociaż bawi go pomysł otwarcia kolejnego baru z agawą, nie nazwałby go Mayahuel.

„Tak naprawdę nie wierzę w reprodukcję” – mówi.

Tymczasem Ward cieszy się siedząc na rękach. Nie współpracuje z marką mezcal, nie konsultuje się w żadnych barach, nie pisze swoich wspomnień. Po prostu jest barmanem.


Phil Ward po prostu chce być barmanem

W ostatnią noc służby w Mayahuel — pionierskim barze z tequilą i mezcalem w nowojorskim East Village, który został zamknięty w sierpniu po ośmiu latach działalności — spodziewano się, że doszło do obserwacji celebrytów ze świata gorzałki. Ron Cooper, założyciel Del Maguey, uznanej linii mezcalów rzemieślniczych, krążył, wylewając dramy z prywatnej skrytki. David Suro, ewangelista agawy i pedagog, który produkuje linię tequili Siembra Valles, rozmawiał z ludźmi przy drzwiach.

Ale chyba najbardziej zaskakującym występem podczas długiego pożegnania w płynie był Phil Ward, wysoki, smukły współzałożyciel baru. Fani dobrze wiedzieli, że jeśli chcesz złapać Warda w akcji, Mayahuel jest ostatnim miejscem, w którym możesz zajrzeć. Zdecydowanie wolał chodzić za barem o dzielnicę dalej, w barze Long Island w Cobble Hill, barze, w którym nie ma żadnych udziałów.

„Tak naprawdę nie jest fajnie być barmanem we własnym barze”, wyjaśnia Ward ze swoją typową, nielakierowaną dosadnością. „Tak naprawdę nie możesz po prostu barmanem”.

Ale Ward nie musi być barmanem. Biorąc pod uwagę wagę jego nazwiska w kręgach koktajlowych – jego życiorys czyta się jak historia odrodzenia koktajli w Nowym Jorku – mógł po prostu odwiesić fartuch na dobre i skierować energię na zaplecze. Ale to najwyraźniej nie wchodziło w grę.

„Bardzo lubię barmaństwo” – mówi.

Może to zabrzmieć dziwnie, ale ta pasja czyni Phila Warda osobliwością w jego branży. W dzisiejszych czasach za barem rzadko można spotkać znanych barmanów. Są zajęci podróżowaniem po świecie, zwiedzaniem destylarni, startowaniem w konkursach koktajlowych, ocenianiem konkursów koktajlowych, konsultacjami w barach nie swoich, pisaniem książek, współpracą w zakresie alkoholi i goszczeniem pop-up barów w egzotycznych lokalizacjach - wszystko oprócz barmaństwa.

Ward niewiele z tego robi. Mayahuel, w przeciwieństwie do innych słynnych barów koktajlowych, nie wydał książki. („Teraz zakłada się, że każdy dobry bar powinien zrobić książkę barową”, mówi Ward. „Nie chcę robić tego, co robią wszyscy inni”). Nie jest zainteresowany byciem ambasadorem marki. („Jedyną marką, dla której mógłbym pracować, jest Del Maguey”). Od lat nie był na Tales of the Cocktail, dorocznym nowoorleańskim konwencie napojów. („Wolałbym po prostu pojechać innym razem do Nowego Orleanu”). I chociaż zdobył nagrodę Spirited Award – tak zwane „Oscary świata barów”, wręczane corocznie w Tales – nie myśli zbyt wiele honoru. („Nagrody Spirited Awards są naprawdę niepokojące. To jak kult”).

To nie jest normalne zachowanie w kontekście nowego wspaniałego świata nowoczesnego barmaństwa. Ale Ward nie ma z tym problemu. „Nigdy nie uważałem się za normalnego”, mówi.

Renesans koktajli nadał cel życiu niejednemu marnotrawcy i buntownikowi. Ale może żaden nie jest tak dziwny jak Ward. Wysoki i kanciasty w stylu El Greco, czapka zazwyczaj ciasno naciągnięta na głowę, jego powłóczysty wygląd i milczący sposób nie od razu się komunikują barman. Jego pierwszy pracodawca, Julie Reiner, w rzeczywistości wahał się, czy umieścić go za barem, gdzie byłby zmuszony komunikować się z opinią publiczną. Ale awansował w branży dzięki czystemu talentowi, jak koktajlowy odpowiednik postaci Matta Damona w Polowanie z dobrej woli, mop wyrwał mu się z ręki, gdy okazało się, że instynktownie potrafi stworzyć nieskazitelnego Martineza.

“Nie chciał nikomu zaimponować. Wyglądał na surowego. Surowe to naprawdę najlepsze słowo na to. Uważam, że to bardzo orzeźwiające. Na świecie jest bardzo niewielu ludzi, którzy są tak niefiltrowani i nadal mogą być tak ujmujący”.

Choć sprytny i zaraźliwie zabawny (kiedy go poznasz), nie był znany ze swojego łatwego uroku we wczesnych latach swojej kariery. Właściwie nawet dla niego samego jest zaskoczeniem, że nadal pracuje jako barman. „To niesamowite, jak daleko zaszedłem” — przyznaje. – Stali bywalcy udają, że mnie lubią.

„Phil z pewnością jest trochę ubrany w strój Murraya Stensona lub Paula Gustingsa” – mówi Toby Cecchini, właściciel Long Island Bar, wymieniając dwóch legendarnych dożywotnich barmanów. „Są to faceci, których codziennie znajdziesz za barem, którzy nie znoszą głupoty. Podobnie jak oni, unika powszechnie przyjętego reflektora mediów branżowych i autopromocji, często ze zmarszczonymi brwiami inwektywami”.

Cecchini tak naprawdę nie pamięta zatrudniania Warda. Właśnie pojawił się w 2014 roku, kiedy otworzył Long Island Bar. „Cabell Tomlinson był naszym dyrektorem generalnym” – mówi. „Zabrała na pokład swoją przyjaciółkę Katie Stipe, która była wówczas dziewczyną Phila, a Phil po prostu pojawił się jako część umowy”. Od tego czasu jest „zakopany jak krab piaskowy”.

Ward nie ma zamiaru odchodzić: wybrał dodatkowe zmiany, kiedy mógł je dostać, nawet gdy Mayahuel nadal działał. Nie jest też próżniakiem, żerującym na reputacji. Jeśli skończą mu się rzeczy do zrobienia na danej zmianie, mówi kolega barman Timothy Miner, zaczyna wykonywać pracę Minera. „Phil nie lubi przestojów” – mówi.

Ward miał prawie 30 lat, bez żadnych szczególnych ambicji życiowych, kiedy w 2003 roku natknął się na rodzący się świat rzemieślniczych koktajli. Urodzony w Pittsburghu, w drodze powrotnej z trasy po Europie zrobił postój w Nowym Jorku. Szukając pracy, odebrał otwartą rozmowę w nowym barze w dzielnicy Flatiron. Okazało się, że to Flatiron Lounge, jeden z pierwszych nowoczesnych barów koktajlowych w mieście. Został zatrudniony jako bar z powrotem.

Patrząc, jak barmani mozolnie przygotowują ozdobne, wieloskładnikowe drinki, o których nigdy nie słyszał, jego postawa szybko zmieniła się z „Co do diabła?” na „Chcę to zrobić”.

Nauczył się wszystkiego na temat budowy koktajli i alkoholi, a następnie wkradł się na stanowisko barmana. Kiedy Pegu Club został otwarty w 2005 roku, został zatrudniony jako członek zespołu barmańskich gwiazd otwarcia tego baru, ostatecznie stając się głównym barmanem. Dwa lata później był głównym barmanem w Death & Co., gdzie właściciele David Kaplan i Ravi DeRossi na ogół dawali mu wolną rękę. Do tego czasu wyrobił sobie reputację uczonego z duchami, bez wysiłku produkując proste, dobrze wyważone nowoczesne klasyki, takie jak Oaxaca Old-Fashioned, Final Ward i Joy Division.

To właśnie w Death & Co. kształcił się na tequili i mezcalu, a następnie nie używał likierów w koktajlach. Wziął to, czego się nauczył, iw 2009 roku otworzył Mayahuel, który znacznie przyczynił się do rozwoju duchów agawy jako czegoś więcej niż tylko strzałów i żalu.

Justin Shapiro, inwestor w Mayahuel, który później został partnerem zarządzającym, wspominał swoje pierwsze spotkanie z Wardem. „Phil, idąc z ulicy — wyglądał na bezdomnego” — mówi Shapiro. „Nie dbał zbytnio o swój wygląd. Nie chciał nikomu zaimponować. Wyglądał na surowego. Surowe to naprawdę najlepsze słowo na to. Uważam, że to bardzo orzeźwiające. Na świecie jest bardzo niewielu ludzi, którzy są tak niefiltrowani i nadal mogą być tak ujmujący”.

Mayahuel robił fale i zarabiał przez całe osiem lat. Ale to też przyniosło bóle głowy. Niezbyt przyjazna relacja Warda ze współwłaścicielem DeRossi była powszechna w kręgach branżowych. A relacje partnerów z właścicielem budynku były pełne nieszczęść budowlanych i bitew sądowych. Nawet gdyby właściciel zaoferował nową dzierżawę – czego nie zrobił – Ward nie jest pewien, czy kontynuowałby bar w tym miejscu. I chociaż bawi go pomysł otwarcia kolejnego baru z agawą, nie nazwałby go Mayahuel.

„Tak naprawdę nie wierzę w reprodukcję” – mówi.

Tymczasem Ward cieszy się siedząc na rękach. Nie współpracuje z marką mezcal, nie konsultuje się w żadnych barach, nie pisze swoich wspomnień. Po prostu jest barmanem.


Phil Ward po prostu chce być barmanem

W ostatnią noc służby w Mayahuel — pionierskim barze z tequilą i mezcalem w nowojorskim East Village, który został zamknięty w sierpniu po ośmiu latach działalności — spodziewano się, że doszło do obserwacji celebrytów ze świata gorzałki. Ron Cooper, założyciel Del Maguey, uznanej linii mezcalów rzemieślniczych, krążył, wylewając dramy z prywatnej skrytki. David Suro, ewangelista agawy i pedagog, który produkuje linię tequili Siembra Valles, rozmawiał z ludźmi przy drzwiach.

Ale chyba najbardziej zaskakującym występem podczas długiego pożegnania w płynie był Phil Ward, wysoki, smukły współzałożyciel baru. Fani dobrze wiedzieli, że jeśli chcesz złapać Warda w akcji, Mayahuel jest ostatnim miejscem, w którym możesz zajrzeć. Zdecydowanie wolał chodzić za barem o dzielnicę dalej, w barze Long Island w Cobble Hill, barze, w którym nie ma żadnych udziałów.

„Tak naprawdę nie jest fajnie być barmanem we własnym barze”, wyjaśnia Ward ze swoją typową, nielakierowaną dosadnością. „Tak naprawdę nie możesz po prostu barmanem”.

Ale Ward nie musi być barmanem. Biorąc pod uwagę wagę jego nazwiska w kręgach koktajlowych – jego życiorys czyta się jak historia odrodzenia koktajli w Nowym Jorku – mógł po prostu odwiesić fartuch na dobre i skierować energię na zaplecze. Ale to najwyraźniej nie wchodziło w grę.

„Bardzo lubię barmaństwo” – mówi.

Może to zabrzmieć dziwnie, ale ta pasja czyni Phila Warda osobliwością w jego branży. W dzisiejszych czasach za barem rzadko można spotkać znanych barmanów. Są zajęci podróżowaniem po świecie, zwiedzaniem destylarni, startowaniem w konkursach koktajlowych, ocenianiem konkursów koktajlowych, konsultacjami w barach nie swoich, pisaniem książek, współpracą w zakresie alkoholi i goszczeniem pop-up barów w egzotycznych lokalizacjach - wszystko oprócz barmaństwa.

Ward niewiele z tego robi. Mayahuel, w przeciwieństwie do innych słynnych barów koktajlowych, nie wydał książki. („Teraz zakłada się, że każdy dobry bar powinien zrobić książkę barową”, mówi Ward. „Nie chcę robić tego, co robią wszyscy inni”). Nie jest zainteresowany byciem ambasadorem marki. („Jedyną marką, dla której mógłbym pracować, jest Del Maguey”). Od lat nie był na Tales of the Cocktail, dorocznym nowoorleańskim konwencie napojów. („Wolałbym po prostu pojechać innym razem do Nowego Orleanu”). I chociaż zdobył nagrodę Spirited Award – tak zwane „Oscary świata barów”, wręczane corocznie w Tales – nie myśli zbyt wiele honoru. („Nagrody Spirited Awards są naprawdę niepokojące. To jak kult”).

To nie jest normalne zachowanie w kontekście nowego wspaniałego świata nowoczesnego barmaństwa. Ale Ward nie ma z tym problemu. „Nigdy nie uważałem się za normalnego”, mówi.

Renesans koktajli nadał cel życiu niejednemu marnotrawcy i buntownikowi. Ale może żaden nie jest tak dziwny jak Ward. Wysoki i kanciasty w stylu El Greco, czapka zazwyczaj ciasno naciągnięta na głowę, jego powłóczysty wygląd i milczący sposób nie od razu się komunikują barman. Jego pierwszy pracodawca, Julie Reiner, w rzeczywistości wahał się, czy umieścić go za barem, gdzie byłby zmuszony komunikować się z opinią publiczną. Ale awansował w branży dzięki czystemu talentowi, jak koktajlowy odpowiednik postaci Matta Damona w Polowanie z dobrej woli, mop wyrwał mu się z ręki, gdy okazało się, że instynktownie potrafi stworzyć nieskazitelnego Martineza.

“Nie chciał nikomu zaimponować. Wyglądał na surowego. Surowe to naprawdę najlepsze słowo na to. Uważam, że to bardzo orzeźwiające. Na świecie jest bardzo niewielu ludzi, którzy są tak niefiltrowani i nadal mogą być tak ujmujący”.

Choć sprytny i zaraźliwie zabawny (kiedy go poznasz), nie był znany ze swojego łatwego uroku we wczesnych latach swojej kariery. Właściwie nawet dla niego samego jest zaskoczeniem, że nadal pracuje jako barman. „To niesamowite, jak daleko zaszedłem” — przyznaje. – Stali bywalcy udają, że mnie lubią.

„Phil z pewnością jest trochę ubrany w strój Murraya Stensona lub Paula Gustingsa” – mówi Toby Cecchini, właściciel Long Island Bar, wymieniając dwóch legendarnych dożywotnich barmanów. „Są to faceci, których codziennie znajdziesz za barem, którzy nie znoszą głupoty. Podobnie jak oni, unika powszechnie przyjętego reflektora mediów branżowych i autopromocji, często ze zmarszczonymi brwiami inwektywami”.

Cecchini tak naprawdę nie pamięta zatrudniania Warda. Właśnie pojawił się w 2014 roku, kiedy otworzył Long Island Bar. „Cabell Tomlinson był naszym dyrektorem generalnym” – mówi. „Zabrała na pokład swoją przyjaciółkę Katie Stipe, która była wówczas dziewczyną Phila, a Phil po prostu pojawił się jako część umowy”. Od tego czasu jest „zakopany jak krab piaskowy”.

Ward nie ma zamiaru odchodzić: wybrał dodatkowe zmiany, kiedy mógł je dostać, nawet gdy Mayahuel nadal działał. Nie jest też próżniakiem, żerującym na reputacji. Jeśli skończą mu się rzeczy do zrobienia na danej zmianie, mówi kolega barman Timothy Miner, zaczyna wykonywać pracę Minera. „Phil nie lubi przestojów” – mówi.

Ward miał prawie 30 lat, bez żadnych szczególnych ambicji życiowych, kiedy w 2003 roku natknął się na rodzący się świat rzemieślniczych koktajli. Urodzony w Pittsburghu, w drodze powrotnej z trasy po Europie zrobił postój w Nowym Jorku. Szukając pracy, odebrał otwartą rozmowę w nowym barze w dzielnicy Flatiron. Okazało się, że to Flatiron Lounge, jeden z pierwszych nowoczesnych barów koktajlowych w mieście. Został zatrudniony jako bar z powrotem.

Patrząc, jak barmani mozolnie przygotowują ozdobne, wieloskładnikowe drinki, o których nigdy nie słyszał, jego postawa szybko zmieniła się z „Co do diabła?” na „Chcę to zrobić”.

Nauczył się wszystkiego na temat budowy koktajli i alkoholi, a następnie wkradł się na stanowisko barmana. Kiedy Pegu Club został otwarty w 2005 roku, został zatrudniony jako członek zespołu barmańskich gwiazd otwarcia tego baru, ostatecznie stając się głównym barmanem. Dwa lata później był głównym barmanem w Death & Co., gdzie właściciele David Kaplan i Ravi DeRossi na ogół dawali mu wolną rękę. Do tego czasu wyrobił sobie reputację uczonego z duchami, bez wysiłku produkując proste, dobrze wyważone nowoczesne klasyki, takie jak Oaxaca Old-Fashioned, Final Ward i Joy Division.

To właśnie w Death & Co. kształcił się na tequili i mezcalu, a następnie nie używał likierów w koktajlach. Wziął to, czego się nauczył, iw 2009 roku otworzył Mayahuel, który znacznie przyczynił się do rozwoju duchów agawy jako czegoś więcej niż tylko strzałów i żalu.

Justin Shapiro, inwestor w Mayahuel, który później został partnerem zarządzającym, wspominał swoje pierwsze spotkanie z Wardem. „Phil, idąc z ulicy — wyglądał na bezdomnego” — mówi Shapiro. „Nie dbał zbytnio o swój wygląd. Nie chciał nikomu zaimponować. Wyglądał na surowego. Surowe to naprawdę najlepsze słowo na to. Uważam, że to bardzo orzeźwiające. Na świecie jest bardzo niewielu ludzi, którzy są tak niefiltrowani i nadal mogą być tak ujmujący”.

Mayahuel robił fale i zarabiał przez całe osiem lat. Ale to też przyniosło bóle głowy. Niezbyt przyjazna relacja Warda ze współwłaścicielem DeRossi była powszechna w kręgach branżowych. A relacje partnerów z właścicielem budynku były pełne nieszczęść budowlanych i bitew sądowych. Nawet gdyby właściciel zaoferował nową dzierżawę – czego nie zrobił – Ward nie jest pewien, czy kontynuowałby bar w tym miejscu. I chociaż bawi go pomysł otwarcia kolejnego baru z agawą, nie nazwałby go Mayahuel.

„Tak naprawdę nie wierzę w reprodukcję” – mówi.

Tymczasem Ward cieszy się siedząc na rękach. Nie współpracuje z marką mezcal, nie konsultuje się w żadnych barach, nie pisze swoich wspomnień. Po prostu jest barmanem.


Phil Ward po prostu chce być barmanem

W ostatnią noc służby w Mayahuel — pionierskim barze z tequilą i mezcalem w nowojorskim East Village, który został zamknięty w sierpniu po ośmiu latach działalności — spodziewano się, że doszło do obserwacji celebrytów ze świata gorzałki. Ron Cooper, założyciel Del Maguey, uznanej linii mezcalów rzemieślniczych, krążył, wylewając dramy z prywatnej skrytki. David Suro, ewangelista agawy i pedagog, który produkuje linię tequili Siembra Valles, rozmawiał z ludźmi przy drzwiach.

Ale chyba najbardziej zaskakującym występem podczas długiego pożegnania w płynie był Phil Ward, wysoki, smukły współzałożyciel baru. Fani dobrze wiedzieli, że jeśli chcesz złapać Warda w akcji, Mayahuel jest ostatnim miejscem, w którym możesz zajrzeć. Zdecydowanie wolał chodzić za barem o dzielnicę dalej, w barze Long Island w Cobble Hill, barze, w którym nie ma żadnych udziałów.

„Tak naprawdę nie jest fajnie być barmanem we własnym barze”, wyjaśnia Ward ze swoją typową, nielakierowaną dosadnością. „Tak naprawdę nie możesz po prostu barmanem”.

Ale Ward nie musi być barmanem. Biorąc pod uwagę wagę jego nazwiska w kręgach koktajlowych – jego życiorys czyta się jak historia odrodzenia koktajli w Nowym Jorku – mógł po prostu odwiesić fartuch na dobre i skierować energię na zaplecze. Ale to najwyraźniej nie wchodziło w grę.

„Bardzo lubię barmaństwo” – mówi.

Może to zabrzmieć dziwnie, ale ta pasja czyni Phila Warda osobliwością w jego branży. W dzisiejszych czasach za barem rzadko można spotkać znanych barmanów. Są zajęci podróżowaniem po świecie, zwiedzaniem destylarni, startowaniem w konkursach koktajlowych, ocenianiem konkursów koktajlowych, konsultacjami w barach nie swoich, pisaniem książek, współpracą w zakresie alkoholi i goszczeniem pop-up barów w egzotycznych lokalizacjach - wszystko oprócz barmaństwa.

Ward niewiele z tego robi. Mayahuel, w przeciwieństwie do innych słynnych barów koktajlowych, nie wydał książki. („Teraz zakłada się, że każdy dobry bar powinien zrobić książkę barową”, mówi Ward. „Nie chcę robić tego, co robią wszyscy inni”). Nie jest zainteresowany byciem ambasadorem marki. („Jedyną marką, dla której mógłbym pracować, jest Del Maguey”). Od lat nie był na Tales of the Cocktail, dorocznym nowoorleańskim konwencie napojów. („Wolałbym po prostu pojechać innym razem do Nowego Orleanu”). I chociaż zdobył nagrodę Spirited Award – tak zwane „Oscary świata barów”, wręczane corocznie w Tales – nie myśli zbyt wiele honoru. („Nagrody Spirited Awards są naprawdę niepokojące. To jak kult”).

To nie jest normalne zachowanie w kontekście nowego wspaniałego świata nowoczesnego barmaństwa. Ale Ward nie ma z tym problemu. „Nigdy nie uważałem się za normalnego”, mówi.

Renesans koktajli nadał cel życiu niejednemu marnotrawcy i buntownikowi. Ale może żaden nie jest tak dziwny jak Ward. Wysoki i kanciasty w stylu El Greco, czapka zazwyczaj ciasno naciągnięta na głowę, jego powłóczysty wygląd i milczący sposób nie od razu się komunikują barman. Jego pierwszy pracodawca, Julie Reiner, w rzeczywistości wahał się, czy umieścić go za barem, gdzie byłby zmuszony komunikować się z opinią publiczną. Ale awansował w branży dzięki czystemu talentowi, jak koktajlowy odpowiednik postaci Matta Damona w Polowanie z dobrej woli, mop wyrwał mu się z ręki, gdy okazało się, że instynktownie potrafi stworzyć nieskazitelnego Martineza.

“Nie chciał nikomu zaimponować. Wyglądał na surowego. Surowe to naprawdę najlepsze słowo na to. Uważam, że to bardzo orzeźwiające. Na świecie jest bardzo niewielu ludzi, którzy są tak niefiltrowani i nadal mogą być tak ujmujący”.

Choć sprytny i zaraźliwie zabawny (kiedy go poznasz), nie był znany ze swojego łatwego uroku we wczesnych latach swojej kariery. Właściwie nawet dla niego samego jest zaskoczeniem, że nadal pracuje jako barman. „To niesamowite, jak daleko zaszedłem” — przyznaje. – Stali bywalcy udają, że mnie lubią.

„Phil z pewnością jest trochę ubrany w strój Murraya Stensona lub Paula Gustingsa” – mówi Toby Cecchini, właściciel Long Island Bar, wymieniając dwóch legendarnych dożywotnich barmanów. „Są to faceci, których codziennie znajdziesz za barem, którzy nie znoszą głupoty. Podobnie jak oni, unika powszechnie przyjętego reflektora mediów branżowych i autopromocji, często ze zmarszczonymi brwiami inwektywami”.

Cecchini tak naprawdę nie pamięta zatrudniania Warda. Właśnie pojawił się w 2014 roku, kiedy otworzył Long Island Bar. „Cabell Tomlinson był naszym dyrektorem generalnym” – mówi. „Zabrała na pokład swoją przyjaciółkę Katie Stipe, która była wówczas dziewczyną Phila, a Phil po prostu pojawił się jako część umowy”. Od tego czasu jest „zakopany jak krab piaskowy”.

Ward nie ma zamiaru odchodzić: wybrał dodatkowe zmiany, kiedy mógł je dostać, nawet gdy Mayahuel nadal działał. Nie jest też próżniakiem, żerującym na reputacji. Jeśli skończą mu się rzeczy do zrobienia na danej zmianie, mówi kolega barman Timothy Miner, zaczyna wykonywać pracę Minera. „Phil nie lubi przestojów” – mówi.

Ward miał prawie 30 lat, bez żadnych szczególnych ambicji życiowych, kiedy w 2003 roku natknął się na rodzący się świat rzemieślniczych koktajli. Urodzony w Pittsburghu, w drodze powrotnej z trasy po Europie zrobił postój w Nowym Jorku. Szukając pracy, odebrał otwartą rozmowę w nowym barze w dzielnicy Flatiron. Okazało się, że to Flatiron Lounge, jeden z pierwszych nowoczesnych barów koktajlowych w mieście. Został zatrudniony jako bar z powrotem.

Patrząc, jak barmani mozolnie przygotowują ozdobne, wieloskładnikowe drinki, o których nigdy nie słyszał, jego postawa szybko zmieniła się z „Co do diabła?” na „Chcę to zrobić”.

Nauczył się wszystkiego na temat budowy koktajli i alkoholi, a następnie wkradł się na stanowisko barmana. Kiedy Pegu Club został otwarty w 2005 roku, został zatrudniony jako członek zespołu barmańskich gwiazd otwarcia tego baru, ostatecznie stając się głównym barmanem. Dwa lata później był głównym barmanem w Death & Co., gdzie właściciele David Kaplan i Ravi DeRossi na ogół dawali mu wolną rękę. Do tego czasu wyrobił sobie reputację uczonego z duchami, bez wysiłku produkując proste, dobrze wyważone nowoczesne klasyki, takie jak Oaxaca Old-Fashioned, Final Ward i Joy Division.

To właśnie w Death & Co. kształcił się na tequili i mezcalu, a następnie nie używał likierów w koktajlach. Wziął to, czego się nauczył, iw 2009 roku otworzył Mayahuel, który znacznie przyczynił się do rozwoju duchów agawy jako czegoś więcej niż tylko strzałów i żalu.

Justin Shapiro, inwestor w Mayahuel, który później został partnerem zarządzającym, wspominał swoje pierwsze spotkanie z Wardem. „Phil, idąc z ulicy — wyglądał na bezdomnego” — mówi Shapiro. „Nie dbał zbytnio o swój wygląd. Nie chciał nikomu zaimponować. Wyglądał na surowego. Surowe to naprawdę najlepsze słowo na to. Uważam, że to bardzo orzeźwiające. Na świecie jest bardzo niewielu ludzi, którzy są tak niefiltrowani i nadal mogą być tak ujmujący”.

Mayahuel robił fale i zarabiał przez całe osiem lat. Ale to też przyniosło bóle głowy. Niezbyt przyjazna relacja Warda ze współwłaścicielem DeRossi była powszechna w kręgach branżowych. A relacje partnerów z właścicielem budynku były pełne nieszczęść budowlanych i bitew sądowych. Nawet gdyby właściciel zaoferował nową dzierżawę – czego nie zrobił – Ward nie jest pewien, czy kontynuowałby bar w tym miejscu. I chociaż bawi go pomysł otwarcia kolejnego baru z agawą, nie nazwałby go Mayahuel.

„Tak naprawdę nie wierzę w reprodukcję” – mówi.

Tymczasem Ward cieszy się siedząc na rękach. Nie współpracuje z marką mezcal, nie konsultuje się w żadnych barach, nie pisze swoich wspomnień. Po prostu jest barmanem.


Phil Ward po prostu chce być barmanem

W ostatnią noc służby w Mayahuel — pionierskim barze z tequilą i mezcalem w nowojorskim East Village, który został zamknięty w sierpniu po ośmiu latach działalności — spodziewano się, że doszło do obserwacji celebrytów ze świata gorzałki. Ron Cooper, założyciel Del Maguey, uznanej linii mezcalów rzemieślniczych, krążył, wylewając dramy z prywatnej skrytki. David Suro, ewangelista agawy i pedagog, który produkuje linię tequili Siembra Valles, rozmawiał z ludźmi przy drzwiach.

Ale chyba najbardziej zaskakującym występem podczas długiego pożegnania w płynie był Phil Ward, wysoki, smukły współzałożyciel baru. Fani dobrze wiedzieli, że jeśli chcesz złapać Warda w akcji, Mayahuel jest ostatnim miejscem, w którym możesz zajrzeć. Zdecydowanie wolał chodzić za barem o dzielnicę dalej, w barze Long Island w Cobble Hill, barze, w którym nie ma żadnych udziałów.

„Tak naprawdę nie jest fajnie być barmanem we własnym barze”, wyjaśnia Ward ze swoją typową, nielakierowaną dosadnością. „Tak naprawdę nie możesz po prostu barmanem”.

Ale Ward nie musi być barmanem. Biorąc pod uwagę wagę jego nazwiska w kręgach koktajlowych – jego życiorys czyta się jak historia odrodzenia koktajli w Nowym Jorku – mógł po prostu odwiesić fartuch na dobre i skierować energię na zaplecze. Ale to najwyraźniej nie wchodziło w grę.

„Bardzo lubię barmaństwo” – mówi.

Może to zabrzmieć dziwnie, ale ta pasja czyni Phila Warda osobliwością w jego branży. W dzisiejszych czasach za barem rzadko można spotkać znanych barmanów. Są zajęci podróżowaniem po świecie, zwiedzaniem destylarni, startowaniem w konkursach koktajlowych, ocenianiem konkursów koktajlowych, konsultacjami w barach nie swoich, pisaniem książek, współpracą w zakresie alkoholi i goszczeniem pop-up barów w egzotycznych lokalizacjach - wszystko oprócz barmaństwa.

Ward niewiele z tego robi. Mayahuel, w przeciwieństwie do innych słynnych barów koktajlowych, nie wydał książki. („Teraz zakłada się, że każdy dobry bar powinien zrobić książkę barową”, mówi Ward. „Nie chcę robić tego, co robią wszyscy inni”). Nie jest zainteresowany byciem ambasadorem marki. („Jedyną marką, dla której mógłbym pracować, jest Del Maguey”). Od lat nie był na Tales of the Cocktail, dorocznym nowoorleańskim konwencie napojów. („Wolałbym po prostu pojechać innym razem do Nowego Orleanu”). I chociaż zdobył nagrodę Spirited Award – tak zwane „Oscary świata barów”, wręczane corocznie w Tales – nie myśli zbyt wiele honoru. („Nagrody Spirited Awards są naprawdę niepokojące. To jak kult”).

To nie jest normalne zachowanie w kontekście nowego wspaniałego świata nowoczesnego barmaństwa. Ale Ward nie ma z tym problemu. „Nigdy nie uważałem się za normalnego”, mówi.

Renesans koktajli nadał cel życiu niejednemu marnotrawcy i buntownikowi. Ale może żaden nie jest tak dziwny jak Ward. Wysoki i kanciasty w stylu El Greco, czapka zazwyczaj ciasno naciągnięta na głowę, jego powłóczysty wygląd i milczący sposób nie od razu się komunikują barman. Jego pierwszy pracodawca, Julie Reiner, w rzeczywistości wahał się, czy umieścić go za barem, gdzie byłby zmuszony komunikować się z opinią publiczną. Ale awansował w branży dzięki czystemu talentowi, jak koktajlowy odpowiednik postaci Matta Damona w Polowanie z dobrej woli, mop wyrwał mu się z ręki, gdy okazało się, że instynktownie potrafi stworzyć nieskazitelnego Martineza.

“Nie chciał nikomu zaimponować. Wyglądał na surowego. Surowe to naprawdę najlepsze słowo na to. Uważam, że to bardzo orzeźwiające. Na świecie jest bardzo niewielu ludzi, którzy są tak niefiltrowani i nadal mogą być tak ujmujący”.

Choć sprytny i zaraźliwie zabawny (kiedy go poznasz), nie był znany ze swojego łatwego uroku we wczesnych latach swojej kariery. Właściwie nawet dla niego samego jest zaskoczeniem, że nadal pracuje jako barman. „To niesamowite, jak daleko zaszedłem” — przyznaje. – Stali bywalcy udają, że mnie lubią.

„Phil z pewnością jest trochę ubrany w strój Murraya Stensona lub Paula Gustingsa” – mówi Toby Cecchini, właściciel Long Island Bar, wymieniając dwóch legendarnych dożywotnich barmanów. „Są to faceci, których codziennie znajdziesz za barem, którzy nie znoszą głupoty. Podobnie jak oni, unika powszechnie przyjętego reflektora mediów branżowych i autopromocji, często ze zmarszczonymi brwiami inwektywami”.

Cecchini tak naprawdę nie pamięta zatrudniania Warda. Właśnie pojawił się w 2014 roku, kiedy otworzył Long Island Bar. „Cabell Tomlinson był naszym dyrektorem generalnym” – mówi. „Zabrała na pokład swoją przyjaciółkę Katie Stipe, która była wówczas dziewczyną Phila, a Phil po prostu pojawił się jako część umowy”. Od tego czasu jest „zakopany jak krab piaskowy”.

Ward nie ma zamiaru odchodzić: wybrał dodatkowe zmiany, kiedy mógł je dostać, nawet gdy Mayahuel nadal działał. Nie jest też próżniakiem, żerującym na reputacji. Jeśli skończą mu się rzeczy do zrobienia na danej zmianie, mówi kolega barman Timothy Miner, zaczyna wykonywać pracę Minera. „Phil nie lubi przestojów” – mówi.

Ward miał prawie 30 lat, bez żadnych szczególnych ambicji życiowych, kiedy w 2003 roku natknął się na rodzący się świat rzemieślniczych koktajli. Urodzony w Pittsburghu, w drodze powrotnej z trasy po Europie zrobił postój w Nowym Jorku. Szukając pracy, odebrał otwartą rozmowę w nowym barze w dzielnicy Flatiron. Okazało się, że to Flatiron Lounge, jeden z pierwszych nowoczesnych barów koktajlowych w mieście. Został zatrudniony jako bar z powrotem.

Patrząc, jak barmani mozolnie przygotowują ozdobne, wieloskładnikowe drinki, o których nigdy nie słyszał, jego postawa szybko zmieniła się z „Co do diabła?” na „Chcę to zrobić”.

Nauczył się wszystkiego na temat budowy koktajli i alkoholi, a następnie wkradł się na stanowisko barmana. Kiedy Pegu Club został otwarty w 2005 roku, został zatrudniony jako członek zespołu barmańskich gwiazd otwarcia tego baru, ostatecznie stając się głównym barmanem. Dwa lata później był głównym barmanem w Death & Co., gdzie właściciele David Kaplan i Ravi DeRossi na ogół dawali mu wolną rękę. Do tego czasu wyrobił sobie reputację uczonego z duchami, bez wysiłku produkując proste, dobrze wyważone nowoczesne klasyki, takie jak Oaxaca Old-Fashioned, Final Ward i Joy Division.

To właśnie w Death & Co. kształcił się na tequili i mezcalu, a następnie nie używał likierów w koktajlach. Wziął to, czego się nauczył, iw 2009 roku otworzył Mayahuel, który znacznie przyczynił się do rozwoju duchów agawy jako czegoś więcej niż tylko strzałów i żalu.

Justin Shapiro, inwestor w Mayahuel, który później został partnerem zarządzającym, wspominał swoje pierwsze spotkanie z Wardem. „Phil, idąc z ulicy — wyglądał na bezdomnego” — mówi Shapiro. „Nie dbał zbytnio o swój wygląd. Nie chciał nikomu zaimponować. Wyglądał na surowego. Surowe to naprawdę najlepsze słowo na to. Uważam, że to bardzo orzeźwiające. Na świecie jest bardzo niewielu ludzi, którzy są tak niefiltrowani i nadal mogą być tak ujmujący”.

Mayahuel robił fale i zarabiał przez całe osiem lat. Ale to też przyniosło bóle głowy. Niezbyt przyjazna relacja Warda ze współwłaścicielem DeRossi była powszechna w kręgach branżowych. A relacje partnerów z właścicielem budynku były pełne nieszczęść budowlanych i bitew sądowych. Nawet gdyby właściciel zaoferował nową dzierżawę – czego nie zrobił – Ward nie jest pewien, czy kontynuowałby bar w tym miejscu. I chociaż bawi go pomysł otwarcia kolejnego baru z agawą, nie nazwałby go Mayahuel.

„Tak naprawdę nie wierzę w reprodukcję” – mówi.

Tymczasem Ward cieszy się siedząc na rękach. Nie współpracuje z marką mezcal, nie konsultuje się w żadnych barach, nie pisze swoich wspomnień. Po prostu jest barmanem.


Phil Ward po prostu chce być barmanem

W ostatnią noc służby w Mayahuel — pionierskim barze z tequilą i mezcalem w nowojorskim East Village, który został zamknięty w sierpniu po ośmiu latach działalności — spodziewano się, że doszło do obserwacji celebrytów ze świata gorzałki. Ron Cooper, założyciel Del Maguey, uznanej linii mezcalów rzemieślniczych, krążył, wylewając dramy z prywatnej skrytki. David Suro, ewangelista agawy i pedagog, który produkuje linię tequili Siembra Valles, rozmawiał z ludźmi przy drzwiach.

Ale chyba najbardziej zaskakującym występem podczas długiego pożegnania w płynie był Phil Ward, wysoki, smukły współzałożyciel baru. Fani dobrze wiedzieli, że jeśli chcesz złapać Warda w akcji, Mayahuel jest ostatnim miejscem, w którym możesz zajrzeć. Zdecydowanie wolał chodzić za barem o dzielnicę dalej, w barze Long Island w Cobble Hill, barze, w którym nie ma żadnych udziałów.

„Tak naprawdę nie jest fajnie być barmanem we własnym barze”, wyjaśnia Ward ze swoją typową, nielakierowaną dosadnością. „Tak naprawdę nie możesz po prostu barmanem”.

Ale Ward nie musi być barmanem. Biorąc pod uwagę wagę jego nazwiska w kręgach koktajlowych – jego życiorys czyta się jak historia odrodzenia koktajli w Nowym Jorku – mógł po prostu odwiesić fartuch na dobre i skierować energię na zaplecze. Ale to najwyraźniej nie wchodziło w grę.

„Bardzo lubię barmaństwo” – mówi.

Może to zabrzmieć dziwnie, ale ta pasja czyni Phila Warda osobliwością w jego branży. W dzisiejszych czasach za barem rzadko można spotkać znanych barmanów. Są zajęci podróżowaniem po świecie, zwiedzaniem destylarni, startowaniem w konkursach koktajlowych, ocenianiem konkursów koktajlowych, konsultacjami w barach nie swoich, pisaniem książek, współpracą w zakresie alkoholi i goszczeniem pop-up barów w egzotycznych lokalizacjach - wszystko oprócz barmaństwa.

Ward niewiele z tego robi. Mayahuel, w przeciwieństwie do innych słynnych barów koktajlowych, nie wydał książki. („Teraz zakłada się, że każdy dobry bar powinien zrobić książkę barową”, mówi Ward. „Nie chcę robić tego, co robią wszyscy inni”). Nie jest zainteresowany byciem ambasadorem marki. („Jedyną marką, dla której mógłbym pracować, jest Del Maguey”). Od lat nie był na Tales of the Cocktail, dorocznym nowoorleańskim konwencie napojów. („Wolałbym po prostu pojechać innym razem do Nowego Orleanu”). I chociaż zdobył nagrodę Spirited Award – tak zwane „Oscary świata barów”, wręczane corocznie w Tales – nie myśli zbyt wiele honoru. („Nagrody Spirited Awards są naprawdę niepokojące. To jak kult”).

To nie jest normalne zachowanie w kontekście nowego wspaniałego świata nowoczesnego barmaństwa. Ale Ward nie ma z tym problemu. „Nigdy nie uważałem się za normalnego”, mówi.

Renesans koktajli nadał cel życiu niejednemu marnotrawcy i buntownikowi. Ale może żaden nie jest tak dziwny jak Ward. Wysoki i kanciasty w stylu El Greco, czapka zazwyczaj ciasno naciągnięta na głowę, jego powłóczysty wygląd i milczący sposób nie od razu się komunikują barman. Jego pierwszy pracodawca, Julie Reiner, w rzeczywistości wahał się, czy umieścić go za barem, gdzie byłby zmuszony komunikować się z opinią publiczną. Ale awansował w branży dzięki czystemu talentowi, jak koktajlowy odpowiednik postaci Matta Damona w Polowanie z dobrej woli, mop wyrwał mu się z ręki, gdy okazało się, że instynktownie potrafi stworzyć nieskazitelnego Martineza.

“Nie chciał nikomu zaimponować. Wyglądał na surowego. Surowe to naprawdę najlepsze słowo na to. Uważam, że to bardzo orzeźwiające. Na świecie jest bardzo niewielu ludzi, którzy są tak niefiltrowani i nadal mogą być tak ujmujący”.

Choć sprytny i zaraźliwie zabawny (kiedy go poznasz), nie był znany ze swojego łatwego uroku we wczesnych latach swojej kariery. Właściwie nawet dla niego samego jest zaskoczeniem, że nadal pracuje jako barman. „To niesamowite, jak daleko zaszedłem” — przyznaje. – Stali bywalcy udają, że mnie lubią.

„Phil z pewnością jest trochę ubrany w strój Murraya Stensona lub Paula Gustingsa” – mówi Toby Cecchini, właściciel Long Island Bar, wymieniając dwóch legendarnych dożywotnich barmanów. „Są to faceci, których codziennie znajdziesz za barem, którzy nie znoszą głupoty. Podobnie jak oni, unika powszechnie przyjętego reflektora mediów branżowych i autopromocji, często ze zmarszczonymi brwiami inwektywami”.

Cecchini tak naprawdę nie pamięta zatrudniania Warda. Właśnie pojawił się w 2014 roku, kiedy otworzył Long Island Bar. „Cabell Tomlinson był naszym dyrektorem generalnym” – mówi. „Zabrała na pokład swoją przyjaciółkę Katie Stipe, która była wówczas dziewczyną Phila, a Phil po prostu pojawił się jako część umowy”. Od tego czasu jest „zakopany jak krab piaskowy”.

Ward nie ma zamiaru odchodzić: wybrał dodatkowe zmiany, kiedy mógł je dostać, nawet gdy Mayahuel nadal działał. Nie jest też próżniakiem, żerującym na reputacji. Jeśli skończą mu się rzeczy do zrobienia na danej zmianie, mówi kolega barman Timothy Miner, zaczyna wykonywać pracę Minera. „Phil nie lubi przestojów” – mówi.

Ward miał prawie 30 lat, bez żadnych szczególnych ambicji życiowych, kiedy w 2003 roku natknął się na rodzący się świat rzemieślniczych koktajli. Urodzony w Pittsburghu, w drodze powrotnej z trasy po Europie zrobił postój w Nowym Jorku. Szukając pracy, odebrał otwartą rozmowę w nowym barze w dzielnicy Flatiron. Okazało się, że to Flatiron Lounge, jeden z pierwszych nowoczesnych barów koktajlowych w mieście. Został zatrudniony jako bar z powrotem.

Patrząc, jak barmani mozolnie przygotowują ozdobne, wieloskładnikowe drinki, o których nigdy nie słyszał, jego postawa szybko zmieniła się z „Co do diabła?” na „Chcę to zrobić”.

Nauczył się wszystkiego na temat budowy koktajli i alkoholi, a następnie wkradł się na stanowisko barmana. Kiedy Pegu Club został otwarty w 2005 roku, został zatrudniony jako członek zespołu barmańskich gwiazd otwarcia tego baru, ostatecznie stając się głównym barmanem. Dwa lata później był głównym barmanem w Death & Co., gdzie właściciele David Kaplan i Ravi DeRossi na ogół dawali mu wolną rękę. Do tego czasu wyrobił sobie reputację uczonego z duchami, bez wysiłku produkując proste, dobrze wyważone nowoczesne klasyki, takie jak Oaxaca Old-Fashioned, Final Ward i Joy Division.

To właśnie w Death & Co. kształcił się na tequili i mezcalu, a następnie nie używał likierów w koktajlach. Wziął to, czego się nauczył, iw 2009 roku otworzył Mayahuel, który znacznie przyczynił się do rozwoju duchów agawy jako czegoś więcej niż tylko strzałów i żalu.

Justin Shapiro, inwestor w Mayahuel, który później został partnerem zarządzającym, wspominał swoje pierwsze spotkanie z Wardem. „Phil, idąc z ulicy — wyglądał na bezdomnego” — mówi Shapiro. „Nie dbał zbytnio o swój wygląd. Nie chciał nikomu zaimponować. Wyglądał na surowego. Surowe to naprawdę najlepsze słowo na to. Uważam, że to bardzo orzeźwiające. Na świecie jest bardzo niewielu ludzi, którzy są tak niefiltrowani i nadal mogą być tak ujmujący”.

Mayahuel robił fale i zarabiał przez całe osiem lat. Ale to też przyniosło bóle głowy. Niezbyt przyjazna relacja Warda ze współwłaścicielem DeRossi była powszechna w kręgach branżowych. A relacje partnerów z właścicielem budynku były pełne nieszczęść budowlanych i bitew sądowych. Nawet gdyby właściciel zaoferował nową dzierżawę – czego nie zrobił – Ward nie jest pewien, czy kontynuowałby bar w tym miejscu. I chociaż bawi go pomysł otwarcia kolejnego baru z agawą, nie nazwałby go Mayahuel.

„Tak naprawdę nie wierzę w reprodukcję” – mówi.

Tymczasem Ward cieszy się siedząc na rękach. Nie współpracuje z marką mezcal, nie konsultuje się w żadnych barach, nie pisze swoich wspomnień. Po prostu jest barmanem.


Phil Ward po prostu chce być barmanem

W ostatnią noc służby w Mayahuel — pionierskim barze z tequilą i mezcalem w nowojorskim East Village, który został zamknięty w sierpniu po ośmiu latach działalności — spodziewano się, że doszło do obserwacji celebrytów ze świata gorzałki.Ron Cooper, założyciel Del Maguey, uznanej linii mezcalów rzemieślniczych, krążył, wylewając dramy z prywatnej skrytki. David Suro, ewangelista agawy i pedagog, który produkuje linię tequili Siembra Valles, rozmawiał z ludźmi przy drzwiach.

Ale chyba najbardziej zaskakującym występem podczas długiego pożegnania w płynie był Phil Ward, wysoki, smukły współzałożyciel baru. Fani dobrze wiedzieli, że jeśli chcesz złapać Warda w akcji, Mayahuel jest ostatnim miejscem, w którym możesz zajrzeć. Zdecydowanie wolał chodzić za barem o dzielnicę dalej, w barze Long Island w Cobble Hill, barze, w którym nie ma żadnych udziałów.

„Tak naprawdę nie jest fajnie być barmanem we własnym barze”, wyjaśnia Ward ze swoją typową, nielakierowaną dosadnością. „Tak naprawdę nie możesz po prostu barmanem”.

Ale Ward nie musi być barmanem. Biorąc pod uwagę wagę jego nazwiska w kręgach koktajlowych – jego życiorys czyta się jak historia odrodzenia koktajli w Nowym Jorku – mógł po prostu odwiesić fartuch na dobre i skierować energię na zaplecze. Ale to najwyraźniej nie wchodziło w grę.

„Bardzo lubię barmaństwo” – mówi.

Może to zabrzmieć dziwnie, ale ta pasja czyni Phila Warda osobliwością w jego branży. W dzisiejszych czasach za barem rzadko można spotkać znanych barmanów. Są zajęci podróżowaniem po świecie, zwiedzaniem destylarni, startowaniem w konkursach koktajlowych, ocenianiem konkursów koktajlowych, konsultacjami w barach nie swoich, pisaniem książek, współpracą w zakresie alkoholi i goszczeniem pop-up barów w egzotycznych lokalizacjach - wszystko oprócz barmaństwa.

Ward niewiele z tego robi. Mayahuel, w przeciwieństwie do innych słynnych barów koktajlowych, nie wydał książki. („Teraz zakłada się, że każdy dobry bar powinien zrobić książkę barową”, mówi Ward. „Nie chcę robić tego, co robią wszyscy inni”). Nie jest zainteresowany byciem ambasadorem marki. („Jedyną marką, dla której mógłbym pracować, jest Del Maguey”). Od lat nie był na Tales of the Cocktail, dorocznym nowoorleańskim konwencie napojów. („Wolałbym po prostu pojechać innym razem do Nowego Orleanu”). I chociaż zdobył nagrodę Spirited Award – tak zwane „Oscary świata barów”, wręczane corocznie w Tales – nie myśli zbyt wiele honoru. („Nagrody Spirited Awards są naprawdę niepokojące. To jak kult”).

To nie jest normalne zachowanie w kontekście nowego wspaniałego świata nowoczesnego barmaństwa. Ale Ward nie ma z tym problemu. „Nigdy nie uważałem się za normalnego”, mówi.

Renesans koktajli nadał cel życiu niejednemu marnotrawcy i buntownikowi. Ale może żaden nie jest tak dziwny jak Ward. Wysoki i kanciasty w stylu El Greco, czapka zazwyczaj ciasno naciągnięta na głowę, jego powłóczysty wygląd i milczący sposób nie od razu się komunikują barman. Jego pierwszy pracodawca, Julie Reiner, w rzeczywistości wahał się, czy umieścić go za barem, gdzie byłby zmuszony komunikować się z opinią publiczną. Ale awansował w branży dzięki czystemu talentowi, jak koktajlowy odpowiednik postaci Matta Damona w Polowanie z dobrej woli, mop wyrwał mu się z ręki, gdy okazało się, że instynktownie potrafi stworzyć nieskazitelnego Martineza.

“Nie chciał nikomu zaimponować. Wyglądał na surowego. Surowe to naprawdę najlepsze słowo na to. Uważam, że to bardzo orzeźwiające. Na świecie jest bardzo niewielu ludzi, którzy są tak niefiltrowani i nadal mogą być tak ujmujący”.

Choć sprytny i zaraźliwie zabawny (kiedy go poznasz), nie był znany ze swojego łatwego uroku we wczesnych latach swojej kariery. Właściwie nawet dla niego samego jest zaskoczeniem, że nadal pracuje jako barman. „To niesamowite, jak daleko zaszedłem” — przyznaje. – Stali bywalcy udają, że mnie lubią.

„Phil z pewnością jest trochę ubrany w strój Murraya Stensona lub Paula Gustingsa” – mówi Toby Cecchini, właściciel Long Island Bar, wymieniając dwóch legendarnych dożywotnich barmanów. „Są to faceci, których codziennie znajdziesz za barem, którzy nie znoszą głupoty. Podobnie jak oni, unika powszechnie przyjętego reflektora mediów branżowych i autopromocji, często ze zmarszczonymi brwiami inwektywami”.

Cecchini tak naprawdę nie pamięta zatrudniania Warda. Właśnie pojawił się w 2014 roku, kiedy otworzył Long Island Bar. „Cabell Tomlinson był naszym dyrektorem generalnym” – mówi. „Zabrała na pokład swoją przyjaciółkę Katie Stipe, która była wówczas dziewczyną Phila, a Phil po prostu pojawił się jako część umowy”. Od tego czasu jest „zakopany jak krab piaskowy”.

Ward nie ma zamiaru odchodzić: wybrał dodatkowe zmiany, kiedy mógł je dostać, nawet gdy Mayahuel nadal działał. Nie jest też próżniakiem, żerującym na reputacji. Jeśli skończą mu się rzeczy do zrobienia na danej zmianie, mówi kolega barman Timothy Miner, zaczyna wykonywać pracę Minera. „Phil nie lubi przestojów” – mówi.

Ward miał prawie 30 lat, bez żadnych szczególnych ambicji życiowych, kiedy w 2003 roku natknął się na rodzący się świat rzemieślniczych koktajli. Urodzony w Pittsburghu, w drodze powrotnej z trasy po Europie zrobił postój w Nowym Jorku. Szukając pracy, odebrał otwartą rozmowę w nowym barze w dzielnicy Flatiron. Okazało się, że to Flatiron Lounge, jeden z pierwszych nowoczesnych barów koktajlowych w mieście. Został zatrudniony jako bar z powrotem.

Patrząc, jak barmani mozolnie przygotowują ozdobne, wieloskładnikowe drinki, o których nigdy nie słyszał, jego postawa szybko zmieniła się z „Co do diabła?” na „Chcę to zrobić”.

Nauczył się wszystkiego na temat budowy koktajli i alkoholi, a następnie wkradł się na stanowisko barmana. Kiedy Pegu Club został otwarty w 2005 roku, został zatrudniony jako członek zespołu barmańskich gwiazd otwarcia tego baru, ostatecznie stając się głównym barmanem. Dwa lata później był głównym barmanem w Death & Co., gdzie właściciele David Kaplan i Ravi DeRossi na ogół dawali mu wolną rękę. Do tego czasu wyrobił sobie reputację uczonego z duchami, bez wysiłku produkując proste, dobrze wyważone nowoczesne klasyki, takie jak Oaxaca Old-Fashioned, Final Ward i Joy Division.

To właśnie w Death & Co. kształcił się na tequili i mezcalu, a następnie nie używał likierów w koktajlach. Wziął to, czego się nauczył, iw 2009 roku otworzył Mayahuel, który znacznie przyczynił się do rozwoju duchów agawy jako czegoś więcej niż tylko strzałów i żalu.

Justin Shapiro, inwestor w Mayahuel, który później został partnerem zarządzającym, wspominał swoje pierwsze spotkanie z Wardem. „Phil, idąc z ulicy — wyglądał na bezdomnego” — mówi Shapiro. „Nie dbał zbytnio o swój wygląd. Nie chciał nikomu zaimponować. Wyglądał na surowego. Surowe to naprawdę najlepsze słowo na to. Uważam, że to bardzo orzeźwiające. Na świecie jest bardzo niewielu ludzi, którzy są tak niefiltrowani i nadal mogą być tak ujmujący”.

Mayahuel robił fale i zarabiał przez całe osiem lat. Ale to też przyniosło bóle głowy. Niezbyt przyjazna relacja Warda ze współwłaścicielem DeRossi była powszechna w kręgach branżowych. A relacje partnerów z właścicielem budynku były pełne nieszczęść budowlanych i bitew sądowych. Nawet gdyby właściciel zaoferował nową dzierżawę – czego nie zrobił – Ward nie jest pewien, czy kontynuowałby bar w tym miejscu. I chociaż bawi go pomysł otwarcia kolejnego baru z agawą, nie nazwałby go Mayahuel.

„Tak naprawdę nie wierzę w reprodukcję” – mówi.

Tymczasem Ward cieszy się siedząc na rękach. Nie współpracuje z marką mezcal, nie konsultuje się w żadnych barach, nie pisze swoich wspomnień. Po prostu jest barmanem.


Obejrzyj wideo: De hond doet stout (Grudzień 2021).